Skoczyłam na bungee

22 sierpnia 2020 to dla mnie ważna data. W końcu zrealizowałam kolejny cel i skoczyłam na bungee!!! 80-metrów – dźwig, dookoła mnóstwo ludzi, bo bungee postawiono z okazji Dominikańskiego Jarmarku w Gdańsku, nad samą Motławą. Cała „przyjemność” kosztowała mnie 120 złotych, ale warto było je dać, by zyskać tak inne i niepowtarzalne doświadczenie. Nie potrafię go jednak nazwać miłym. Należę raczej do odważnych osób, a więc prawie do momentu skoku nie odczuwałam szczególnego lęku. Zafundowano mi dodatkową dawkę adrenaliny zwołując całe gremium, w tym dyrektora czy szefa całej imprezy, by ustalić czy na pewno mogę skoczyć, choć brak wzroku akurat nie jest żadnym przeciwwskazaniem. Pani jednakże, która przyjmowała zapisy stwierdziła, że może akurat nie wiem czy na coś choruję, może mam sztuczne stawy, albo jeszcze co innego. Cały czas mówiła o mnie do Magdy, jakby mnie tam w ogóle nie było, w końcu zapytałam ją czy nie pomyliła jej się niepełnosprawność wzrokowa z intelektualną. Okrutnie mnie zirytowała, prawie zrezygnowałam ze skakania. Niepokój dopadł mnie dopiero, kiedy zaczęto zakładać mi uprząż na kostki. Tym bardziej, że zacisnęli taśmy naprawdę mocno. Czytaj dalej

Francuz będzie mój

5 września – w dzień moich urodzin – przybywa kolejny wolontariusz EVS z Francji. No i będzie mój!!! Ma na imię Brice (czytane jak bris, mam nadzieję, że jest równieświeży :) ). Może podszkolę swój Francuski? Choć sama w to za bardzo nie wierzę, arabski również nieidzie jakoś do przodu, choć mam Yousrę pod ręką. Ciekawe czemu to tak trudno się zmobilizować… W każdym razie turecki monopol przełamany!!!

Opowieści szkockiej treści

Generalnie wyjazd podsumowuję jako bardzo udany. Głównie pod względem towarzyskim, gdyż pod innymi udał się za poprzednim razem – w lutym.
Teraz, byłam tam razem z Darią, którą po raz pierwszy poznałam, gdy zgłosiła się do naszej Fundacji jako wolontariuszka, a po raz drugi właśnie w Szkocji. W między czasie, udało nam się polubić. Zaraz po przylocie do Edynburga, poszłyśmy (bardzo się cieszę, że udało się to znaleźć) do Chińskiego bufetu. Żałuję, że u nas nie ma czegoś takiego. Płacisz 8 funtów od osoby – zależy to od lokalu, my tyle płaciłyśmy – i jesz do absolutnego oporu. U Chińczyka głównie kurczak w stu odmianach. Naszym hitem jednakże okazał się pudding mango, podawany w malutkich metalowych miseczkach. Pochodziłyśmy jeszcze trochę po sklepach z pamiątkami – moją odwieczną pasją są sklepy typu: „wszystko za jednego funta” – porobiłyśmy kilka zdjęć. Tego dnia udało mi się, już tradycyjnie, zaktywizować szkocką ochronę, czyli uruchomić alarm w dworcowej toalecie ciągnąc nie za tę linkę, co trzeba. Dobrze, że miało to spowodować spuszczenie wody, byłam więc w miarę przyzwoicie ubrana, gdy wpadło dwóch mężczyzn pragnących mi pomóc. Na szczęście oni są bardzo wyrozumiali. Jak za poprzednim razem, (podczas lutowego pobytu) również w toalecie, nacisnęłam nieodpowiedni przycisk i zahamowałam awaryjnie pociąg, byłam pewna, że każą mi za to zapłacić i dostanę porządny ochrzan, ale Brytyjczycy są kulturalni, zapytali mnie jeszcze czy na pewno wszystko w porządku i z uśmiechniętym „no problem” odprowadzili mnie do mamy, która zastanawiała się właśnie, czemu stoimy w środku pola. Czytaj dalej