Wiadomość od mojego Pana Profesora

Dzisiaj spotkała mnie niezmiernie miła rzecz. Wczoraj natrafiłam przypadkiem na facebookowy profil Pana Profesora Antoniego Czyża, który był najwyrazistszym autorytetem na mojej uczelni – filarem Filologii Polskiej, przed którym drżały tabuny studentów. Między innymi dlatego to u niego pragnęłam znaleźć się na magisterskim seminarium. Nie liczyłam na to, że mnie doda, takich jak ja przewijają się każdego roku setki, a od mojej magisterki upłynęło już osiem lat. Jakież było moje zdumienie gdy zajrzawszy na FB dzisiaj rano zobaczyłam, że nie tylko dodał mnie do swoich znajomych, ale zostawił wpis na tablicy. Brzmiał on następująco:

Pozdrawiam Panią. Wciąż pamiętam świetną pracę magisterską o Janie Lechoniu, pisaną pod moją opieką naukową, a obronioną w Siedlcach.

Muszę przyznać, że rzadko kiedy czułam się tak dumna z siebie! Tylko ten, kto zna Profesora Czyża będzie wiedział o czym mówię.

Mój pierwszy turniej golfowy

To był mój pierwszy i niestety być może ostatni turniej golfowy z prawdziwego zdarzenia. Czekaliśmy na ten dzień, ćwicząc wiele miesięcy. Pogoda nam dopisała wyśmienicie. Najpierw lekka rozgrzewka, a potem, zapowiadani przez organizatorów, jako historyczne zjawisko – pierwszy turniej osób niewidomych w Polsce – ruszyliśmy do gry. Towarzyszyło nam wiele kamer telewizyjnych, fotografował nas Wojciech Kosycarz, podchodzili do nas dziennikarze radiowi i prasowi. Na polu spotkaliśmy grającego Mariusza Czerkawskiego, który wyraźnie stanowił atrakcję turnieju, tóż obok Andrzeja Strzeleckiego, z rąk którego, kilka godzin później mieliśmy odbierać dyplomy i nagrody. Nie szło mi tak dobrze, jak na to liczyłam. Było kilka pustych trafień, na greenie strzelałam za mocno i niepotrzebnie dodałam sobie kilka zbędnych uderzeń… W końcu jednak zakończyłam turniej wrzucając piłeczkę do dołka łącznie 23 uderzeniami, co jest wynikiem dosyć przeciętnym, ale należę zdecydowanie do początkujących. Pan dziennikarz, który ze mną rozmawiał chciał mnie chyba pocieszyć, bo zapytał jak długo ćwiczę, na amatorkę bowiem, jak stwierdził, nie wyglądam :) Uśmiechnęłam się do niego i powiedziałam, że do grupy dołączyłam jako ostatnia więc ćwiczę najkrócej. Tak czy tak, miłe to było doświadczenie. Na naszą piątkę zajęłam 3 miejsce, a kolega, który na turnieju próbnym rok temu, kiedy mnie jeszcze z nimi nie było, zajął pierwsze miejsce, teraz był ostatni… Taki jest sport, nigdy nic do końca niewiadomo.
Po grze zostaliśmy zaproszeni na bardzo dobry obiad w formie stołu szwedzkiego, jadłam przepyszny ryż cebulowy z warzywami i curry, ziemniaki pieczone z przyprawami, kurczak marynowany w serowym sosie, przedobrą sałatkę z tuńczykiem, kukurydzą i ananasem i inne tego typu przysmaki. Wręczono nam dyplomy i nagrody – każde z nas, prócz przepięknego certywikatu wyglądającego jak księga, dostało mały plecak. Na koniec aukcja koszulki, przysłanej przez Jerzego Dudka, który niestety w ostatniej chwili poinformował, że nie może przybyć, została sprzedana za trzy i pół tysiąca. Widniały na niej podpisy bramkarza i całej dróżyny Real madryt. Dodatkową zbiórkę na cele harytatywne stanowiła loteria. Wszyscy wykupiliśmy losy. Tylko bardzo niewiele z nich było puste, śmiem nawet przypuszczać, że może nawet tylko jeden… mój oczywiście! Zawsze mam podobne szczęście do loterii. Dzień był długi i dosyć męczący, pełen wrażeń i miły. Cieszę się, że zanim wyjadę z Polski, miałam okazję zagrać w turnieju. Poniżej podaję kilka linków z relacji z tego sportowego wydarzenia: http://kfp.pl/