Hiszpania – odsłona druga

Moja pierwsza styczność z Hiszpanią nastąpiła w Barcelonie. Spędziłam tam z kolegą z Brazylii tylko dwa dni. W pamięci pozostał mi stadion FC Barcelona, dużo prostopadłych uliczek i małe, niedobre tapas. Zapamiętałam jeszcze to, że nocą miasto ożywa. Nie mogłam jednak pojąć za co tak się tę Hiszpanię lubi. Moja druga wizyta odpowiedziała mi na to pytanie.

Do zakupu biletu do Madrytu doszło spontanicznie. Podczas jednej z rozmów na czacie z dawnym kolegą z Trójmiasta, z którym zawsze bardzo się lubiliśmy Karolem padło hasło, że nigdy niewiadomo, jak długo zostanie on w Madrycie. Takie stwierdzenie skłoniło mnie do wyrażenia żalu, że w takim razie wielka szkoda, iż nie udało mi się go tam odwiedzić. Na to Karol odparł z typową dla siebie życzliwością, że nic straconego. Zapytałam męża o pozwolenie i uszczupliłam zasoby swojej karty kredytowej o 40 euro, bo tyle kosztował mnie przelot w obie strony. Roland wolał zostać w domu, bo mieliśmy w tym czasie szukać mieszkania i nie chciał przegapić ewentualnej oferty.
Zaraz po odebraniu mnie z lotniska Karol wyjaśnił, że nie mieszka w samym Madrycie, a w uroczym miasteczku Pinto. Liczy sobie ono ok. 40 tys. mieszkańców, 20 km od stolicy.
Bardzo polubiłam to miejsce. Wiele małych przytulnych barów, do których jeszcze w swej relacji powrócę, odpowiednio wyposażone supermarkety i park, gdzie uprawiałam gimnastykę, korzystając z napowietrznej siłowni.

U Karola miałam do dyspozycji pokój tylko dla siebie. Dodatkowo panowała super atmosfera i miałam poczucie, że mogę robić dokładnie to, na co mam ochotę. No może poza zwiedzaniem sklepów z pamiątkami. Temu akurat Karol stanowczo przeciwdziałał. 😀 Pozwolił mi jedynie kupić magnes do mojej kolekcji i kilka breloczków. Jak stwierdził na resztę szkoda było czasu i kasy.

Kiedy wybraliśmy się do muzeum Prado w Madrycie, towarzyszyła nam koleżanka ze szkoły językowej Karola – Lidia. Mimo utrudnionej komunikacji, bo ona nie mówiła po angielsku, ani ja po hiszpańsku, bardzo się polubiłyśmy. Lidia pochodzi z Ekwadoru i na pierwszym spotkaniu spontanicznie wręczyła mi kolczyki, które miały koraliki z trzema kolorami ekwadorskiej flagi. Z czułością przechowuję tę pamiątkę, jak i kilka innych, które dostałam w kolejnych dniach. Należą do nich np. laleczki ubrane w tradycyjne stroje mężczyzny i kobiety Ekwadoru, albo zrobiony przez Lidię własnoręcznie breloczek w kształcie serduszka, który wykonała ze złączonych ze sobą blaszek od puszek np. z coca-colą obszytych szydełkiem, także nie widać, co jest w środku.
Lidia, oprócz tego, że jest wesołą, spontaniczną osobą, zainteresowała mnie również ze względu na swoją historię. Niedawno rozwiedziona zaczęła dopiero poznawać życie i otaczający ją świat. Podczas wycieczki powiedziała nam, że muzeum, to jej urodzinowy prezent i że pierwszy raz przekroczy próg takiej instytucji. To było niesamowite słuchać, jak Karol opowiada jej o najsławniejszych malarzach, tłumaczy podział sztuki na okresy i stara się krótko scharakteryzować główne prądy w malarstwie. Kiedy ma się dostęp do takich informacji nie myśli się o wielu milionach kobiet, które są zamykane w domach, którym ogranicza się dostęp do rozrywki i kultury, bo ich jedynym obowiązkiem jest zająć się gospodarstwem i dziećmi. Lidia dopiero niedawno nauczyła się czytać i pisać, a już nie rozstawała się z tabletem czy androidem buszując po facebooku i korzystając z innych aplikacji.
Podziwiam ją za to, że tkwiąc jednak ciągle mocno w swojej kulturze miała odwagę rozstać się z mężem i skrupulatnie zabrała się za poznawanie świata i otaczających ją mnóstwa rzeczy, o których do tej pory nie miała pojęcia.

Zwiedzaliśmy również były pałac królewski w La Granja de San Ildefonso. (ok. 90 km od Madrytu). Wycieczka długa, ale obfitująca w różne historyczne ciekawostki. Jedynie wspięcie się na wzgórze, na którym został zbudowany nastręczyło mi Nie lada kłopotu.

Po powrocie Karol przygotował danie, jak się wyraził Tekso-Mekso – czyli pseudo meksykańskie. Mi jednak smakowało jak rodem z Mechico City 😀
Na patelni podsmażył cebulkę z mięsem mielonym, do tego dodał kukurydzę i dwa rodzaje fasolki, poczym zalał to sosem pomidorowym. Tak przygotowaną masę wylał na pokruszone na talerzach nachosy, wszystko posypał żółtym serem i poszarpaną w kawałki zieloną sałatą. Baaaardzo mi to smakowało.
Karol przygotował mi też któregoś wieczoru paellę z kawałkami kurczaka, papryką, cebulą i pomidorami. Bardzo chciałam spróbować zrobić coś podobnego w domu i Karol pomógł mi nabyć w tym celu specjalną patelnię z dwoma uszkami, na której smaży się ryż, dodaje warzywa i mięso, a potem wszystko zalewa się bulionem i czeka, aż dojdzie. Teraz czasami mąż prosi o paellę. Nie wychodzi mi idealnie, ale przypomina mi tamtą, Karolową.
Mój przewodnik przygotował mi też smażone, małe, zielone papryczki. Również mi to baaardzo smakowało.
Któregoś dnia przygotowaliśmy też razem, bo bardzo chciałam spróbować, warzywny banan, krojony w plasterki i smażony na oliwie z odrobiną soli. Takie plasterki z powodzeniem mogą zastąpić nasze ziemniaki podawane do obiadu. Banan rzeczywiście ma kształt banana, ale dużo grubszego i większego niż ten, który znałam do tej pory. W smaku jest jednak inny. Mączny, ale nie słodki i twardszy.
Zadręczałam Karola również prośbami o przygotowanie mi tego super napoju, na który składała się lemoniada z dodatkiem często naprawdę taniego wina z kartonu! Jakie to było smaczne i orzeźwiające… no dobrze, do pewnego czasu… 🙂

W sklepach szukałam owoców, warzyw, wina i oliwek. Miałam nawet okazję spróbować oliwki takiej prosto z drzewa. Nie powiem, żeby mi smakowała. Niesamowicie gorzka. Aż trudno uwierzyć, że jak się to odpowiednio przygotuje, to smakuje tak wyśmienicie jak te, którymi częstował mnie Karol.
No i te truskawki! W lutym. Słodkie, wielkie i pyszne. Kilo za jedyne euro 20 centów. Nie do wiary. Nie mogłam się nacieszyć.
W jednym markecie znalazłam pestki słonecznika prażone z dodatkiem meksykańskich przypraw. proste, a takie oryginalne i dobre!
W wielu hiszpańskich sklepach pracują obcokrajowcy, bo oni trzymają sklepy otwarte do późna. Hiszpanom się nie chce. Karol zabrał mnie do jednego z takich warzywniaków otwartych do 22 o ile pamiętam. I wszystko tam takie tanie, aż trudno uwierzyć.

Ale to hiszpańskie bary do reszty skradły moje serce. Mnóstwo rodzajów przepysznego wina, dobre piwo, a dla abstynentów kawa. Generalnie w takim przybytku znajdują się trzy krany. Do piwa, do wina i do piwa bezalkoholowego. Bo Hiszpanie naprawdę lubią piwo, a nie tylko alkohol. Dlatego wielu z nich zamawia sobie właśnie to bezalkoholowe. Myślę, że w Polsce nie byłby taki kranik za często odkręcany :J
Cieszyłam się, że mogę zamówić sobie lampkę takiego wina, a potem spróbować innego, a ceny są na tyle przystępne, że można urządzić sobie istną degustację. Ucieszył mnie również zwyczaj stawiania automatów, które wyciskają sok z najprawdziwszych pomarańczy. Mmmm, uwielbiam!
Do każdego zamówienia otrzymuje się małe miseczki z tapas. Mogą to być pierożki pieczone z nadzieniem, marynowane warzywa, oliwki, kawałki sera, krokieciki, kanapeczki, koreczki i miliony innych rzeczy. W jednym barze zjedliśmy nawet jakby chipsy z prażonej słoniny. Gdyby mi nie powiedziano, co to jest, nigdy bym się nie domyśliła. Nie sądziłam też do tej pory, że kiedyś bez odruchu wymiotnego będę spożywać słoninę w jakiejkolwiek wersji.
Ale w barze można też spotkać coś zaskakującego, przynajmniej dla nas Polaków. Otóż w każdym z nich między butelkami z alkoholem i wystawianymi na widok tapasami można znaleźć obraz lub figurkę Maryi. Dowiedziałam się, że w kraju tym ciągle utrzymuje się wielki kult matki Jezusa. Wiele dziewczyn wciąż otrzymuje imię Marija, często zmodyfikowane dodatkiem typu Maryja Bolesna, Maryja od krzyża, wniebowzięcie, wniebowstąpienie, a nawet Maryja Jezus, Maryja Józef itp.
Co ciekawe, w barach często obowiązują trzy cenniki. Jeden dotyczy cię, jeśli siedzisz przy barze, drugi, jeśli zasiadłeś przy stoliku w jego głębi, a jeszcze inny, z najwyższymi cenami, o ile zdecydowałeś się na wino czy piwo siedząc w ogródku. Myślę, że warto o tym wiedzieć wybierając się do Hiszpanii.
Jestem przekonana, że gdybym tam mieszkała spędzałabym w tych barokawiarniach baaardzo dużo czasu.

W samym Madrycie odwiedziliśmy tamtejszą „starówkę” – plac Plaza Mayor, Plac Puerta del Sol – usytuowany w środku Madrytu. Pomnik Karola III, dwie fontanny oraz zabytkowy ratusz, a przed nim oznaczenie kilometra zero, od którego liczy się wszystkie drogi w Hiszpanii.

Za ciekawą uważam jedną ze stacji w Madrycie, gdzie po środku znajduje się zadbany i malowniczy ogród botaniczny. Czekając na pociąg można tam pospacerować i poobserwować nietypowe drzewa czy rośliny.
Mam tu na myśli stację Atocha. Po ostatnim remoncie, który miał miejsce w 1992r. dworzec przekształcono w ciąg kafejek i sklepików oraz założono wspomniany przeze mnie ogród.

Te kilka dni upłynęły mi naprawdę szybko. Tak się cieszę, że dzięki tej wizycie mogłam na nowo odkryć Hiszpanię i odnaleźć w niej to, co polubiłam i za czym tęsknię, a do czego z całą pewnością powrócę. Takie właśnie wyjazdy, połączone ze spotkaniem osób, które albo znam i lubię, albo dopiero poznaję i już lubię cenię sobie najwyżej. Wspaniała, lutowa odskocznia od typowego rozkładu dnia. Jest to zdecydowanie jeden z moich najlepszych wyjazdów do tej pory. Prosto, niedrogo, spontanicznie, a przede wszystkim sympatycznie i pouczająco. Bezcenne doświadczenie.

Dziękuję Ci Karol!!!

Zdjęcia z pobytu można obejrzeć tutaj: http://www.monikazarczuk.pl/galeria/madryt-02-2013/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *