„Muzyka jest w nas”

Muzyka jest w nas

Dlaczego dzieci usypiają, kiedy śpiewa im się kołysanki, a na porodówkach coraz częściej słychać Mozarta? Czemu dla niektórych ludzi muzyka jest jedynym punktem styczności ze światem?
Bo to łącznik z naszym pierwotnym „ja”

Tekst Aleksandra Kowalczyk

Muzyka pozwala wznieść się ponad codzienność, budzi w nas wyższe uczucia. Może nakłonić do kupienia czegoś albo sprawić, że nagle stanie nam przed oczami pierwsza randka. Może wyciągnąć z depresji, kiedy już wszelkie inne leki zawiodły. Ale jej siła jest o wiele, wiele większa. Muzyka zajmuje w ludzkim mózgu więcej obszarów niż mowa. I nie jest to przypadek.

Muzykalni od kołyski
Jesteśmy muzykalnym gatunkiem, a ta muzykalność zaczyna się od kołyski. Już w wieku kilku miesięcy potrafimy podrygiwać w rytm słyszanej melodii. Niemal każde dziecięce nieszczęście potrafi ukoić piosenka nucona przez mamę, a cicha kołysanka skłoni do snu nawet najbardziej oporne niemowlę. Od początku mamy też wyczucie muzyczne – naukowe eksperymenty pokazują, że nie wystarczy zanucić dziecku czegokolwiek, musi być w tym określony ład. Kanadyjska psycholog Sandra Trehub odkryła, że dzieci niemające jeszcze pół roku potrafią odróżniać minimalne zmiany wysokości tonów i okazują zdziwienie, gdy w melodii pojawia się choć jeden fałszywy dźwięk, nawet jeśli wcześniej jej nie słyszały. Gdy dorastamy, wpadają nam w ucho te same melodie, które podobają się innym. Skąd to wyczucie? To nasza spuścizna ewolucyjna.
Przez tysiące lat nasi przodkowie wsłuchiwali się w szum wody, deszczu, szelest liści w koronach drzew, odgłosy ptaków. Wbrew pozorom rządzą się one określonymi prawami i dalekie są od przypadkowości. Te wszystkie dźwięki ukształtowały w ludzkim mózgu matrycę, z którą porównujemy każdą zasłyszaną melodię. Jeśli układ dźwięków i rytm zgadzają się z tą „naturalną melodyką”, wpadają nam w ucho. Jeśli nie – ludzki mózg je odrzuca. Nieprzypadkowo nasz system melodyczny posługuje się na przykład oktawą, która występuje naturalnie w odgłosach, jakie wydają drgające przedmioty.
No tak, ale co wspólnego z odgłosami wodospadu lub dzięcioła w lesie może mieć V symfonia Beethovena czy „Requiem” Mozarta? Otóż bardzo wiele. Tak samo jak wykonywane przez japońskie gejsze pieśni kouta czy akompaniament tradycyjnej indonezyjskiej orkiestry gamelan składającej się głównie z gongów i metalofonów. Ten naturalny lejtmotyw odkryto u podstaw muzyki wszystkich kultur.

Mrowienie w krzyżu
– Każdy człowiek od dziecka ma naturalną, spontaniczną potrzebę reagowania na muzykę – opowiadał wybitny amerykański neurolog Oliver Sacks, autor słynnych „Przebudzeń”, podczas promocji swojej najnowszej książki „Musicophilia” („Muzykofilia”). – Świadczy o tym najpełniej nieprzebrana liczba osób rozsianych po całym świecie, które fałszują, a mają potrzebę śpiewania. Jak wieloletni kantor w synagodze na City Island, do której zwykłem chodzić, choć nie jestem osobą religijną. Gatunek ludzki jest wyjątkowy, jeśli chodzi o sposób odbierania muzyki, potrafimy rozróżniać jej tony i interwały, jej brzmienia, harmonię i rytm, integrować te wszystkie elementy i jeszcze łączymy z nimi silne emocje.

Skąd bierze się ta niezwykła umiejętność? Naukowcy sądzą, że z właściwości naszego mózgu. Odkryto, że podczas słuchania muzyki uaktywnia się bardzo wiele niekiedy odległych od siebie obszarów. Każdy element melodii: wysokość tonów, różnice częstotliwości, tonacja czy rytm, przetwarzany jest w innej części mózgu. Powiązanie tych danych ze sobą to ciężka praca – jeśli któryś mechanizm zawiedzie, nie potrafimy odróżnić walca od poleczki.

U podstaw tej skomplikowanej maszynerii odpowiedzialnej za odbiór muzyki zdaje się tkwić układ limbiczny. To stara, licząca blisko 150 mln lat, struktura mózgu odpowiadająca u ssaków za uczucia i zachowania opiekuńcze. To ona odbiera emocjonalny wydźwięk muzyki i sprawia, że wzruszają nas nawet te piosenki, których słów nie rozumiemy. Amerykański psycholog prof. Jaak Panksepp uważa, że chwytające za serce utwory oparte są na określonych zestawach dźwięków podobnych do przekazów niewerbalnych, za pomocą których komunikują się zwierzęta.
Neuropsycholożka Rita Carter poszła o krok dalej i wytropiła sekwencję muzyczną wywołującą w nas emocjonalny dreszcz określany czasem „mrowieniem w krzyżu”. Odnalazła ją w dźwiękach wydawanych przez młode odłączone od matki – zarówno przez ludzkie, jak i inne ssacze niemowlęta. (…)

Źródło: „Zwierciadło” nr 4/2008

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *