Internetowy kurs językowy dla niewidomych – www.audiolingo.pl

Notatka na marginesie

Samodzielna nauka języków obcych bez pomocy osób trzecich, bez specjalistycznego sprzętu, gdziekolwiek chcesz – w domu, w autobusie, w kawiarni lub na łące? To, co wydawało się niemożliwe, stało się teraz całkiem realne.
Wychodząc naprzeciw potrzebom osób z dysfunkcją wzroku, powstał serwis internetowy, oferujący kompleksową naukę pięciu języków obcych – angielskiego, niemieckiego, francuskiego, hiszpańskiego oraz włoskiego – na trzech poziomach zaawansowania. To pierwszy taki projekt na naszym rodzimym rynku.
Audiolingo.pl zaprojektowane zostało zgodnie z normami dostępności. Pełne udźwiękowienie strony, intuicyjna nawigacja za pomocą klawiatury numerycznej, kompatybilność z czytnikami ekranu, a także przyjazna wersja mobilna sprawiają, że korzystanie z serwisu jest proste i przyjemne. Aby móc się o tym przekonać, wystarczy zarejestrować się na stronie – słownictwo, zagadnienia gramatyczne, a także oryginalne teksty i dialogi dostępne są dla wszystkich zalogowanych użytkowników w wersji demo.
Projekt powstawał przy współpracy wielu osób, w tym niedowidzących i niewidomych, którzy z dużym zaangażowaniem włączyli się w tworzenie i testowanie serwisu. http://audiolingo.pl to nie tylko sposób na podniesienie kwalifikacji zawodowych i zwiększenie szans na wymagającym rynku pracy, ale przede wszystkim możliwość satysfakcjonującego rozwoju umiejętności językowych.

Uwaga! Tylko teraz każdy pełen kurs językowy dostępny jest w promocyjnej cenie – jedynie 1 zł za trzymiesięczny dostęp – aż do odwołania.

Dodatkowo – dla pierwszych pięciu osób, które zostawią komentarz pod tym wpisem (podając w nim język, którego chcą się uczyć), mamy gratisowy półroczny dostęp do wybranego kursu. Aby móc z niego skorzystać prosimy również o wysłanie maila na adres poczta@audiolingo.pl o tytule „Blog Pani Moniki Zarczuk”.

Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka „Dotacje na innowacje – Inwestujemy w Waszą przyszłość.”

logotypy audiolingo

Bułgaria

Relacja z tego pobytu nie będzie długa, bo ile można pisać o tym, jak się leniuchowało?
Wersja „hotel-plaża-all inclusive” nie daje takich możliwości jak zwiedzanie kraju na własną rękę. A jednak podzielę się tym, czym mogę.

Sam pomysł wyjazdu zjawił się niezwykle spontanicznie. Ja już pożegnałam się z nadzieją spędzenia wakacji poza domem. Nie mieliśmy pomysłu gdzie, nie wiedzieliśmy z kim, a i gdzieś tam kołatała się myśl, że trzeba oszczędzać, jako że już wkrótce będzie dodatkowa osoba, na którą chętnie, ale jednak sporo przyjdzie nam wydać, szczególnie na początku.
A jednak, kiedy zadzwoniła do mnie Maryla i wspomniała, że właśnie wybiera się do biura podróży, by zabukować rodzince wakacje w Grecji, z bijącym sercem spytałam czy mieliby coś przeciw dodatkowemu towarzystwu. Odpowiedziała, że nie ma problemu. Byłam jej bardzo wdzięczna. Maryla i Andrzej mają dwójkę własnych małych dzieci – 4 i 6 lat – a nie da się ukryć, że nam również sporo jednak trzeba pomóc: gdzieś zaprowadzić, przynieść jedzenie, bo wszystko w formie bufetu, pomóc wejść do wody, potem odnaleźć leżak itd. Najtrudniej było dać nam sobie radę z wszystkimi bagażami, w drodze na lotnisko, a potem to samo, kiedy wracaliśmy. A jednak nam się udało.
Z Grecji zrobiła się Bułgaria, bo tamta oferta nie była już aktualna, a w Bułgarii również jeszcze nas nie było. Do tego cena okazała się bardzo zachęcająca. Byłam zdziwiona jej niskością. Obawiałam się, że być może na miejscu okaże się, czemu tak nie drogo. Ku wielkiemu zadowoleniu stało się wręcz przeciwnie. Nie mogłam się nadziwić, że za takie pieniądze, było dużo lepiej, niż się spodziewałam. Nie jestem ekspertem w tej dziedzinie, to dopiero trzeci wyjazd tego typu w moim życiu, ale tworzy to już jakąś małą skalę porównawczą. Nie da się ukryć, że pobyt w Bułgarii, pod wieloma względami uważam za bardziej udany, niż ten w Tunezji. Nie mam tu na myśli towarzystwa, nastroju czy innych czynników niezależnych od miejsca pobytu, ale właśnie to, co na takie oferty all inclusive się składa.

Zacznę od hotelu. Zamieszkaliśmy 4 km od centrum i starówki Nessebar, w hotelu Sol Nessebar Mare:
http://www.holidaycheck.pl/hi/e91a7f7e-eecc-3af0-b3a3-7940887e4612

Nowocześnie i nastrojowo urządzony z bardzo wygodnymi pokojami. W naszym znajdowała się mała lodówka, sporo szafek, duża szafa, telewizor, telefon, klimatyzacja, wanna z prysznicem, suszarka do włosów, świeże ręczniki i pościel, które były wymieniane każdego dnia. Na balkonie stała suszarka, na której można było wywieszać kąpielowe stroje oraz stolik z dwoma krzesłami. Na podłodze leżał dywan, mieliśmy również wielkie, małżeńskie łoże, a w szafie dodatkowe poduszki i kołdry. Było też biurko i kawowy stolik z wygodnym fotelem. Pokoje nasze, czyli mój i Rolanda, jak i Maryli z rodzinką, połączone były podwójnymi drzwiami w ścianie, zamykanymi na klucz. Jeśli ktoś z nas się przebierał zamykał po swojej stronie. W innym przypadku mogliśmy je pootwierać i swobodnie rozmawiać. Fajne rozwiązanie.
Pokoje były co dziennie sprzątane, a obsługa dyskretna i niezauważalna. Nie miało się poczucia, że ktokolwiek oczekuje napiwków czy innych dowodów wdzięczności. Wszyscy mówili po angielsku i rosyjsku. Recepcja była dostępna 24 godziny na dobę. Na terenie samego hotelu znajdowały się 2 baseny ze słodką wodą, w tym jeden ze zjeżdżalnią, liczne bary serwujące przekąski i nieoszukane drinki oraz napoje i soki, automaty do fanty, coli itp., ekspresy do kawy i herbaty, automaty do gier, gry komputerowe, sklepy z pamiątkami, korty tenisowe, boisko do koszykówki, siłownia, a w hotelu obok – był to bowiem kompleks 3 hoteli – SPA, w którym można było wykupić sobie dodatkowe przyjemności, market, sklep z ubraniami, jubiler i pewnie jeszcze kilka innych rzeczy, o których nie wiem. Na wypadek brzydkiej pogody, w hotelu naszym znajdowała się również kryta pływalnia otwierana również na specjalne życzenie. Ponieważ jednakże pogoda trafiła nam się, jak marzenie, przez cały pobyt nikt z nas tam nie był, a i nie zauważyliśmy, żeby kto inny z niej korzystał. Miło jednak, że taka możliwość istniała. Gdybym była wielbicielką pływania, to poprosiłabym o otwarcie tego właśnie basenu, żeby zwyczajnie popływać sobie bez obawy, że na kogoś wpadnę lub przeszkodzę dzieciom w zabawie.

W bardzo niewielkiej odległości od hotelu, pewnie ok. 200 metrów, znajdowała się niewielka, ale czysta i piaszczysta plaża, a potem to już tylko morze. Wielkie i cieplejsze niż Bałtyk, z czystym, piaszczystym dnem. Było też jakby mniej słone.

Wielką atrakcją hotelu była oczywiście ogromna restauracja, gdzie serwowano nam posiłki. Mnie osobiście jedzenie tam smakowało. Było bardzo zbliżone do Europejskiego standardu. Można dostać tam wszystkie składniki brytyjskiego śniadania, ale i lokalne sery, z których słynie Bułgaria, narodowe danie czyli szopska sałatka, jak i świeże owoce sezonowe i warzywa. Smakowały mi tam również ciasta.

Z wycieczek, jakie można sobie dodatkowo wykupić, dla mnie najciekawszą wydała się ta do Istambułu. Niestety Maryla i Andrzej już tam byli, więc nie wybraliśmy się tam tym razem. Oprócz tego, można pojechać do delfinarium i aqua parku, Warny i Słonecznego brzegu.

Wybraliśmy się za to do centrum Nessebar, które jest bliżej hotelu, a zaraz po nim starówka tego miasteczka. Tam też byliśmy.
http://www.holidaycheck.pl/dp/5d2f587a-7c21-3ad2-811c-d262845a8c24
http://www.elenite.pl/nessebar.html

Urokliwe miejsce, nazywane perłą morza czarnego, w 1983 roku wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO.
Istny raj dla wielbicieli cerkwii. Oprócz nich jest tam muzeum archeologiczne, stary wiatrak i ruiny bazyliki z V wieku.
Będąc na starówce znajdujemy się praktycznie nad samym morzem. Ulice zastawione kramami, sklepikami z pamiątkami, restauracjami i kawiarniami. Co ciekawe ceny są w Bułgarii naprawdę atrakcyjne, nawet te nakierowane na turystów. Pamiątki, które tam oglądałam, były najciekawszymi pamiątkami z wszystkich moich wycieczek. Prócz standardowych magnesów i breloczków można tam było znaleźć inne perełki. Bułgarzy szczycą się rękodzielnictwem, a więc mnóstwo tam oryginalnych i niepowtarzalnych rarytasów. Ceramika, skóra, szkło i inne materiały, a wszystko to estetyczne, ładne i solidne. Myślę, że to duży plus w porównaniu z kiczem, który tak namiętnie sprzedaje się wszędzie indziej. Poza tym dumą Bułgarii jest produkowany tam na dużą skalę olej różany. Na jego bazie powstała pełna gama kosmetyków o zapachu róż. Wszędzie można, za niewielkie pieniądze, nabyć mydełka, perfumy, olejki, balsamy, kremy i wszystko to, co można sobie wyobrazić o zapachu róży. W naszym hotelu był nawet do dostania drink z likierem różanym, do kupienia liczne konfitury i drzemy, także nie tylko zapach, ale i smak róż, to charakterystyczna nuta, na którą natrafi każdy turysta. Warto zwrócić uwagę na to, że zapach czerwonych róż, nieco duszący i słodkawy jest inny od zapachu róż białych, który mnie osobiście dużo bardziej odpowiadał, dlatego wybierając kosmetyki szukałam właśnie tych z białej róży.

Centrum Nessebar, to już bardziej tradycyjne miasteczko. Można tam również znaleźć sklepy z pamiątkami, ale przeważają już te z ubraniami, torebkami i butami. Skóra i biżuteria, zarówno złoto, jak i srebro, również bardzo starannie wykonane, jest także tańsze, niż w Polsce, a już na pewno dużo tańsze, niż w Belgii. Bułgaria słynie również z precyzyjnie wykonanych podróbek dobrych, markowych zegarków i perfum. To ostatnie zdecydowanie potwierdzam..

Zdjęcia z pobytu w Bułgarii można obejrzeć tutaj: http://www.monikazarczuk.pl/galeria/bulgaria-09-2014/

Hiszpania – odsłona druga

Moja pierwsza styczność z Hiszpanią nastąpiła w Barcelonie. Spędziłam tam z kolegą z Brazylii tylko dwa dni. W pamięci pozostał mi stadion FC Barcelona, dużo prostopadłych uliczek i małe, niedobre tapas. Zapamiętałam jeszcze to, że nocą miasto ożywa. Nie mogłam jednak pojąć za co tak się tę Hiszpanię lubi. Moja druga wizyta odpowiedziała mi na to pytanie.

Do zakupu biletu do Madrytu doszło spontanicznie. Podczas jednej z rozmów na czacie z dawnym kolegą z Trójmiasta, z którym zawsze bardzo się lubiliśmy Karolem padło hasło, że nigdy niewiadomo, jak długo zostanie on w Madrycie. Takie stwierdzenie skłoniło mnie do wyrażenia żalu, że w takim razie wielka szkoda, iż nie udało mi się go tam odwiedzić. Na to Karol odparł z typową dla siebie życzliwością, że nic straconego. Zapytałam męża o pozwolenie i uszczupliłam zasoby swojej karty kredytowej o 40 euro, bo tyle kosztował mnie przelot w obie strony. Roland wolał zostać w domu, bo mieliśmy w tym czasie szukać mieszkania i nie chciał przegapić ewentualnej oferty.
Zaraz po odebraniu mnie z lotniska Karol wyjaśnił, że nie mieszka w samym Madrycie, a w uroczym miasteczku Pinto. Liczy sobie ono ok. 40 tys. mieszkańców, 20 km od stolicy.
Bardzo polubiłam to miejsce. Wiele małych przytulnych barów, do których jeszcze w swej relacji powrócę, odpowiednio wyposażone supermarkety i park, gdzie uprawiałam gimnastykę, korzystając z napowietrznej siłowni.

U Karola miałam do dyspozycji pokój tylko dla siebie. Dodatkowo panowała super atmosfera i miałam poczucie, że mogę robić dokładnie to, na co mam ochotę. No może poza zwiedzaniem sklepów z pamiątkami. Temu akurat Karol stanowczo przeciwdziałał. 😀 Pozwolił mi jedynie kupić magnes do mojej kolekcji i kilka breloczków. Jak stwierdził na resztę szkoda było czasu i kasy.

Kiedy wybraliśmy się do muzeum Prado w Madrycie, towarzyszyła nam koleżanka ze szkoły językowej Karola – Lidia. Mimo utrudnionej komunikacji, bo ona nie mówiła po angielsku, ani ja po hiszpańsku, bardzo się polubiłyśmy. Lidia pochodzi z Ekwadoru i na pierwszym spotkaniu spontanicznie wręczyła mi kolczyki, które miały koraliki z trzema kolorami ekwadorskiej flagi. Z czułością przechowuję tę pamiątkę, jak i kilka innych, które dostałam w kolejnych dniach. Należą do nich np. laleczki ubrane w tradycyjne stroje mężczyzny i kobiety Ekwadoru, albo zrobiony przez Lidię własnoręcznie breloczek w kształcie serduszka, który wykonała ze złączonych ze sobą blaszek od puszek np. z coca-colą obszytych szydełkiem, także nie widać, co jest w środku.
Lidia, oprócz tego, że jest wesołą, spontaniczną osobą, zainteresowała mnie również ze względu na swoją historię. Niedawno rozwiedziona zaczęła dopiero poznawać życie i otaczający ją świat. Podczas wycieczki powiedziała nam, że muzeum, to jej urodzinowy prezent i że pierwszy raz przekroczy próg takiej instytucji. To było niesamowite słuchać, jak Karol opowiada jej o najsławniejszych malarzach, tłumaczy podział sztuki na okresy i stara się krótko scharakteryzować główne prądy w malarstwie. Kiedy ma się dostęp do takich informacji nie myśli się o wielu milionach kobiet, które są zamykane w domach, którym ogranicza się dostęp do rozrywki i kultury, bo ich jedynym obowiązkiem jest zająć się gospodarstwem i dziećmi. Lidia dopiero niedawno nauczyła się czytać i pisać, a już nie rozstawała się z tabletem czy androidem buszując po facebooku i korzystając z innych aplikacji.
Podziwiam ją za to, że tkwiąc jednak ciągle mocno w swojej kulturze miała odwagę rozstać się z mężem i skrupulatnie zabrała się za poznawanie świata i otaczających ją mnóstwa rzeczy, o których do tej pory nie miała pojęcia.

Zwiedzaliśmy również były pałac królewski w La Granja de San Ildefonso. (ok. 90 km od Madrytu). Wycieczka długa, ale obfitująca w różne historyczne ciekawostki. Jedynie wspięcie się na wzgórze, na którym został zbudowany nastręczyło mi Nie lada kłopotu.

Po powrocie Karol przygotował danie, jak się wyraził Tekso-Mekso – czyli pseudo meksykańskie. Mi jednak smakowało jak rodem z Mechico City 😀
Na patelni podsmażył cebulkę z mięsem mielonym, do tego dodał kukurydzę i dwa rodzaje fasolki, poczym zalał to sosem pomidorowym. Tak przygotowaną masę wylał na pokruszone na talerzach nachosy, wszystko posypał żółtym serem i poszarpaną w kawałki zieloną sałatą. Baaaardzo mi to smakowało.
Karol przygotował mi też któregoś wieczoru paellę z kawałkami kurczaka, papryką, cebulą i pomidorami. Bardzo chciałam spróbować zrobić coś podobnego w domu i Karol pomógł mi nabyć w tym celu specjalną patelnię z dwoma uszkami, na której smaży się ryż, dodaje warzywa i mięso, a potem wszystko zalewa się bulionem i czeka, aż dojdzie. Teraz czasami mąż prosi o paellę. Nie wychodzi mi idealnie, ale przypomina mi tamtą, Karolową.
Mój przewodnik przygotował mi też smażone, małe, zielone papryczki. Również mi to baaardzo smakowało.
Któregoś dnia przygotowaliśmy też razem, bo bardzo chciałam spróbować, warzywny banan, krojony w plasterki i smażony na oliwie z odrobiną soli. Takie plasterki z powodzeniem mogą zastąpić nasze ziemniaki podawane do obiadu. Banan rzeczywiście ma kształt banana, ale dużo grubszego i większego niż ten, który znałam do tej pory. W smaku jest jednak inny. Mączny, ale nie słodki i twardszy.
Zadręczałam Karola również prośbami o przygotowanie mi tego super napoju, na który składała się lemoniada z dodatkiem często naprawdę taniego wina z kartonu! Jakie to było smaczne i orzeźwiające… no dobrze, do pewnego czasu… 🙂

W sklepach szukałam owoców, warzyw, wina i oliwek. Miałam nawet okazję spróbować oliwki takiej prosto z drzewa. Nie powiem, żeby mi smakowała. Niesamowicie gorzka. Aż trudno uwierzyć, że jak się to odpowiednio przygotuje, to smakuje tak wyśmienicie jak te, którymi częstował mnie Karol.
No i te truskawki! W lutym. Słodkie, wielkie i pyszne. Kilo za jedyne euro 20 centów. Nie do wiary. Nie mogłam się nacieszyć.
W jednym markecie znalazłam pestki słonecznika prażone z dodatkiem meksykańskich przypraw. proste, a takie oryginalne i dobre!
W wielu hiszpańskich sklepach pracują obcokrajowcy, bo oni trzymają sklepy otwarte do późna. Hiszpanom się nie chce. Karol zabrał mnie do jednego z takich warzywniaków otwartych do 22 o ile pamiętam. I wszystko tam takie tanie, aż trudno uwierzyć.

Ale to hiszpańskie bary do reszty skradły moje serce. Mnóstwo rodzajów przepysznego wina, dobre piwo, a dla abstynentów kawa. Generalnie w takim przybytku znajdują się trzy krany. Do piwa, do wina i do piwa bezalkoholowego. Bo Hiszpanie naprawdę lubią piwo, a nie tylko alkohol. Dlatego wielu z nich zamawia sobie właśnie to bezalkoholowe. Myślę, że w Polsce nie byłby taki kranik za często odkręcany :J
Cieszyłam się, że mogę zamówić sobie lampkę takiego wina, a potem spróbować innego, a ceny są na tyle przystępne, że można urządzić sobie istną degustację. Ucieszył mnie również zwyczaj stawiania automatów, które wyciskają sok z najprawdziwszych pomarańczy. Mmmm, uwielbiam!
Do każdego zamówienia otrzymuje się małe miseczki z tapas. Mogą to być pierożki pieczone z nadzieniem, marynowane warzywa, oliwki, kawałki sera, krokieciki, kanapeczki, koreczki i miliony innych rzeczy. W jednym barze zjedliśmy nawet jakby chipsy z prażonej słoniny. Gdyby mi nie powiedziano, co to jest, nigdy bym się nie domyśliła. Nie sądziłam też do tej pory, że kiedyś bez odruchu wymiotnego będę spożywać słoninę w jakiejkolwiek wersji.
Ale w barze można też spotkać coś zaskakującego, przynajmniej dla nas Polaków. Otóż w każdym z nich między butelkami z alkoholem i wystawianymi na widok tapasami można znaleźć obraz lub figurkę Maryi. Dowiedziałam się, że w kraju tym ciągle utrzymuje się wielki kult matki Jezusa. Wiele dziewczyn wciąż otrzymuje imię Marija, często zmodyfikowane dodatkiem typu Maryja Bolesna, Maryja od krzyża, wniebowzięcie, wniebowstąpienie, a nawet Maryja Jezus, Maryja Józef itp.
Co ciekawe, w barach często obowiązują trzy cenniki. Jeden dotyczy cię, jeśli siedzisz przy barze, drugi, jeśli zasiadłeś przy stoliku w jego głębi, a jeszcze inny, z najwyższymi cenami, o ile zdecydowałeś się na wino czy piwo siedząc w ogródku. Myślę, że warto o tym wiedzieć wybierając się do Hiszpanii.
Jestem przekonana, że gdybym tam mieszkała spędzałabym w tych barokawiarniach baaardzo dużo czasu.

W samym Madrycie odwiedziliśmy tamtejszą „starówkę” – plac Plaza Mayor, Plac Puerta del Sol – usytuowany w środku Madrytu. Pomnik Karola III, dwie fontanny oraz zabytkowy ratusz, a przed nim oznaczenie kilometra zero, od którego liczy się wszystkie drogi w Hiszpanii.

Za ciekawą uważam jedną ze stacji w Madrycie, gdzie po środku znajduje się zadbany i malowniczy ogród botaniczny. Czekając na pociąg można tam pospacerować i poobserwować nietypowe drzewa czy rośliny.
Mam tu na myśli stację Atocha. Po ostatnim remoncie, który miał miejsce w 1992r. dworzec przekształcono w ciąg kafejek i sklepików oraz założono wspomniany przeze mnie ogród.

Te kilka dni upłynęły mi naprawdę szybko. Tak się cieszę, że dzięki tej wizycie mogłam na nowo odkryć Hiszpanię i odnaleźć w niej to, co polubiłam i za czym tęsknię, a do czego z całą pewnością powrócę. Takie właśnie wyjazdy, połączone ze spotkaniem osób, które albo znam i lubię, albo dopiero poznaję i już lubię cenię sobie najwyżej. Wspaniała, lutowa odskocznia od typowego rozkładu dnia. Jest to zdecydowanie jeden z moich najlepszych wyjazdów do tej pory. Prosto, niedrogo, spontanicznie, a przede wszystkim sympatycznie i pouczająco. Bezcenne doświadczenie.

Dziękuję Ci Karol!!!

Zdjęcia z pobytu można obejrzeć tutaj: http://www.monikazarczuk.pl/galeria/madryt-02-2013/

Tydzień na Djerbie.

To był plan na nasz miodowy miesiąc skurczony do 7 dni.
Oczywiście wolę wyprawy na własną rękę, ale tu nie miałam zbytniego wyboru.
Raz, że ograniczały nas koszty, a dwa, moja przerwa w szkole wynosiła dokładnie tyle, by wyjechać od piątku do piątku, w sobotę się rozpakować, a w niedzielę przypomnieć sobie podstawowe zwroty z flamandzkiego.
No i by udać się gdzieś w celach turystycznych ale bez biura potrzebowalibyśmy jakiegoś odważnego, obecnie dobrze prosperującego finansowo i miłego kompana.

Na Djerbe zabieraliśmy ze sobą mamę, bo ciężko byłoby nam dwoje w hotelu się odnaleźć, przy opcji all inclusive, but take it by yourself, a co dopiero poza nim. A przecież chciałam bardzo zobaczyć zwykłe życie zwykłych arabów.

Już przed wyjazdem zaznaliśmy smaku przygody, kiedy to moja mama nie mogła opuścić Modlina ze względu na mgłę, a potem Okęcia ze względu na natłok samolotów przeniesionych z Modlina na powyższą okoliczność. Roland spędził ponad 6 godzin oczekując jej na lotnisku w Challerloi. Ostatecznie jednak dotarli do domu ok. 22, dla mamy po 15 godzinach od wyjścia z polskiego domu – w Warszawie.

Na szczęście z przelotem do Tunezji nie było już problemów. Kupując wycieczkę dopłaciliśmy za dodatkową opcję „taksówki”, a więc zabrano nas z pod samego domu i odstawiono praktycznie do samolotu. Taki rodzaj asysty.

Pokój hotelowy dosyć przestronny, ale również dosyć ubogi, jak na mój gust. Najpotrzebniejsze meble, małe szafki, lampki i taras. Szczerze mówiąc łącznie spędziłam na nim jakie 45 sekund, jak go oglądałam.
Rolandowi i mamie bardziej się przydał do palenia.

No i zaczęły się wakacje. A wraz z nimi poczucie, że niby wszystko jest, ale nie takie, jak sobie wyobrażałam, albo nie takie, jakby się mogło wydawać w drukowanych na gorąco błyszczących folderkach reklamowych.

Jedzenie.

Zacznę od tego, co dla mnie najważniejsze. Jedzenia dużo, nikomu z całą pewnością nie zabrakło, ale już na pierwszym posiłku nie bardzo miałam co sobie wybrać. Jakieś mięsa, większość tłusta i żylasta, ziemniaki krojone w plastry i grillowane, ale w rzeczywistości wysuszone na kształt liścia, bo przecież muszą być cały czas ciepłe, ryż bez smaku. To tyle z podstaw. A poza tym warzywa, naleśniki, smażone jajka … i tak przez cały tydzień. To samo menu na każdym posiłku. Były też różne ciasta i deserki typu budynie czy rodzaj jogurtu oraz owoce.
Pierwszego dnia chciało się spróbować wszystkiego, 3 razy miks, a potem już się wybierało co z tego miksu, ale po trzecim dniu naprawdę już nie miało się ochoty na nic z tego repertuaru.
Napiszę co mi tam smakowało. Najlepszym daniem głównym była naszym zdaniem bardzo tunezyjska potrawa zwana przez Włochów Pizzą. Pyszne cienkie ciasto i składniki komponowane przez zjadacza i pieczone przez wykonawcę na oczach wszystkich.
Na deser zajadałam się pestkami granatu, gotowe, wydrążone, umyte i super słodkie, tylko zajadać łyżkami.
Ciasta piankowe, takie idealnie w moim stylu, jeszcze z musami owocowymi czy kawałkami owoców, ale pyszne.
Omlet smażony z wybranymi dodatkami, cebula, pietruszka, pomidory itd. Prosto z patelni, pachnący i smaczny.

Wypoczynek.

Każdy wie, że od nadmiaru i głowa boli. Pogoda wyśmienita, słońce prażyło, aż miło, w krótkich rękawkach a i w bluzkach na ramiączkach chadzać można było, a wieczorami sączyć drinki na tarasach kawiarenek. Ale tu dochodzimy do tego, co mnie irytowało. Tak. Wszystko w cenie. Drinki bez ograniczeń i piwo i wino, ale:
Wino jedynie wytrawne, a wytrawne, to może zbyt mało powiedziane, super wytrawne, tak kwaśne, że prawie nie do przełknięcia.
Drinki, podawane w kieliszkach do wina, a alkoholu z mikroskopem by nie znalazł, a na kolejnego sporo czekać trzeba. Przy tym te mieszane drinki ani różnorodnością, ani smakiem nie porażały. Soki jakieś chemiczne, lub rozrabiane z ala biedronkowych syropów, 3 nazwy jeden smak, ewentualnie whisky z colą, ale gdzie ta whisky?
Piwo mieli smaczne o dziwo, ale podawane w małych plastikowych kubeczkach do kawy.
Basen? I owszem, duży, na środku obiektu, ale po środku okrągły klomb z kwiatami, co utrudniało jego eksplorację i orientację w wodnym terenie, a poza tym słona woda. To przeszkadzało mi najbardziej. Ale tak najtaniej, bo 40 metrów dalej może, więc po co zwykłą wodę marnować. Ale jak już się ma tę słoną wodę w morzu, to po co basen?
Kryta pływalnia zamknięta, bo już po sezonie.
Skorzystaliśmy ze SPA, ale znowu fuszerka. Miała być sauna i piling, a to drugie polegało na tarciu rękawiczką po ciele, miał być hydromasaż, a była pływalnia ze słoną wodą i biczami wodnymi. No i masaż, na to czekałam najbardziej, ale jak pani zaczęła mnie delikatnie głaskać po plecach i ciskać dłoń, miał to być bowiem masaż całościowy, straciłam wszelką nadzieję.
Na tarasie, jak wspomniałam, nie dało się spędzać miło czasu, bo sezon już się skończył i zaczęto remontować, co się da. Także miast śpiewu egzotycznych ptaków dane nam było posłuchać arabskich wiertarek, szlifierek i młotów.

Rozrywki poza hotelem.

Oglądaliśmy jakąś synagogę, ruiny Rzymian, no i stolicę. Mamie nie podobało się wcale. Przeraził ją wszędobylski brud, opieszałość przechodniów i jeżdżenie, a jeszcze bardziej parkowanie absolutnie wszędzie.
Traumatycznym przeżyciem stały się dla nas odwiedziny na bazarze. Przecież nie był to dla mnie pierwszy raz, Przecież znam dobrze specyfikę takich miejsc, a jednak po tym, jak napadło mnie trzech z nich, każdy wciskał w ręce co popadło, przekonali mnie, by kupić niesrebrne srebro, bo ręka Fatimy, a ja lubię, za 20 euro. I jak na złość Roland miał tylko 50 eurowy banknot. I tu się zaczęła jazda. Pan nie miał wydać, za to mógł nam dać drugi taki łańcuszek za 20 euro i nawet był skłonny dorzucić bransoletkę, jedną już dawał mi w prezencie. Tutaj jednak nerwy mi nie wytrzymały i stanowczo wreszcie zażądałam reszty. Wtedy pan policzył mi mój prezent za 5 euro i z żalem i bólem oddał 25 euro. Zawieszka warta była mniej niż euro, tak sądzę. Po tej przygodzie odechciało nam się kupowania pamiątek. Z takich ciekawostek kupiliśmy wielbłąda, który według pana kosztował 36 dinarów za 6, tylko dlatego, że kompletnie przestał mnie on interesować, a hitem stała się bransoletka za 60 dinarów, którą kupiliśmy za 10, a i tak daliśmy mu pewnie zarobić.
Ogólnie w każdym sklepie było zatrzęsienie wielbłądów i czułam się okropnie nie mogąc kupić ich wszystkich. I tak i tak, moja kolekcja znacznie się powiększyła.
Nieprzyjemne jednak jest uczucie, że za wszystko słono się przepłaca, ale jest to cena za to, by już mieć spokój od targowania się.

Ostatnia wycieczka, na którą czekaliśmy najbardziej została odwołana z powodu ataku terrorystycznego w jednym z tunezyjskich miast. Ktoś chciał wejść do hotelu i tam się wysadzić, ale go nie wpuszczono, więc wybuchł na plaży. Ciągle zastanawiam się, jak jest to możliwe. Jaka siła kieruje człowiekiem godzącym się na rozsadzenie na strzępy w imię jakkolwiek skonstruowanej idei. Raczej nigdy tego nie zrozumiem.

Prócz tego jeździłyśmy konno, także za wygórowaną cenę, na wielbłądach, odwiedziłyśmy jeszcze inne miasto, jadąc tam taksówką i przeszliśmy się kilkakrotnie na plażę.

Wybierając się na wycieczkę zastanawiałam się czy i tam tak pełno chętnych na randki chłopaków. Przyznam, że w Egipcie podobało mi się to, że traktowano mnie na równi z innymi kobietami, proponowano kawę czy romantyczny spacer. Ostatecznie nikt tam nikogo nie zmusza i można odmówić. Więc to, na co tak się powszechnie na portalach narzeka w świętym oburzeniu, a po co w sekrecie często się jeździ, mi sprawiało przyjemność stanięcia na równej płaszczyźnie z innymi kobietami mimo tuszy i braku wzroku. A w Tunezji, jak ręką odjął. I to nie przez męża, wszyscy brali nas za rodzeństwo, zaczęłam więc wątpić w swoją atrakcyjność dla arabskich mieszkańców wyspy. Na szczęście dla mojego ego, ostatniego wieczoru „odkrył mnie” recepcjonista. Zapewnił, że nie posiada się z żalu, że wcześniej mnie nie zauważył, nie mógł odżałować, że już jutro wyjeżdżam i błagał, bym jeszcze tej ostatniej nocy przyszła do niego na recepcję o 1 w nocy, bo zaczyna o 12 i jak się upora z podstawowymi czynnościami będzie miał czas tylko dla mnie. Powiedziałam, że się postaram. Kusiła mnie perspektywa porozmawiania z kimś o tej drugiej stronie turystycznej Tunezji. Miałam jednakże przeczucie, że nie obędzie się bez dotykania dłoni, poufałych poklepywań a może i dalej idących usiłowań w pustym holu. Na drugi dzień, kiedy odprowadzał nas do autokaru dał mi swój numer i bardzo był smutny, że nie przyszłam, bo to był „ostatni moment na romantyczny spacer plażą”.

Myślę, że pokrótce to tyle. Tydzień, to było zupełnie wystarczająco, a ja nie zbliżyłam się zbytnio do arabskiego świata. Ciągle przychodziło mi do głowy porównanie tego kraju z Egiptem i niestety, choć może nie obiektywnie, nie umywa się nawet.

Zjęcia z pobytu w Tunezji można obejrzeć tutaj: http://www.monikazarczuk.pl/galeria/tunezja/

 

Weekendowy powrót do Paryża

Weekendowy powrót do Paryża.

Namówiła mnie Marylka. Zawsze chciała polecieć do Paryża i zobaczyć na własne oczy przynajmniej najważniejsze miejsca. Ja byłam tam już 2 razy, ale Roland także jeszcze nie dostąpił tego zaszczytu więc postanowiliœmy spotkać się w Paryżu. Jak w porządnej literaturze. Udało nam się przy tym namówić Nataszę, koleżankę Rolanda by się do nas przyłączyła. Ona i jej samochód.
Szukanie hotelu zajęło dużo czasu, ale i opłaciło się w rezultacie. Adaggio znajduje się co prawda nie w centrum, i wbrew pozorom to nie wada, ale jest urządzony wygodnie, przestronnie i czysto. Mieliśmy ala apartament, dla mnie i dla Rolanda małżeńskie łoże w małym zamykanym pokoiku, poza tym aneks kuchenny w pełni wyposażony we wszelkiego rodzaju naczynia, garnki, sztućce i nawet ekspres do kawy, duży stół, wygodna łazienka. A wszystko to za 30 euro od osoby za noc.

Mając samochód udało nam się odwiedzić pensjonat, gdzie umierał Norwid, Pola Elizejskie, Luwr, Katedrę Notre Dame, wejść na wierzę Eifla, zobaczyć kilka wystaw w centrum Pompidu i powłóczyć się po Pigalu.
Problem stanowiło parkowanie. Na benzynę poszło nam z tego powodu dużo więcej i jednak czas nam się kurczył, gdy 40 minut krążyliśmy wokół obiektu, który chcieliśmy odwiedzić.

Generalnie jednak ten weekend będę zawsze bardzo miło wspominać. Jako że się tak dobrze zgraliśmy w czwórkę, zrobiliśmy, co planowaliśmy i nawet dopisała nam pogoda. Wróciłam zadowolona i zrelaksowana przywołując smak Crepsów i pieczonych kasztanów.

Zapraszam do obejrzenia zdjęć z tego wyjazdu: http://www.monikazarczuk.pl/galeria/paryz-10-2013/