Mówić czy nie mówić, że nie widzę?

Mówić, że nie widzę czy nie mówić?

Są takie sytuacje w życiu, które nie pozostawiają w mojej głowie żadnych wątpliwości czy informacja o tym, że nie widzę powinna zostać ujawniona czy też nie. Na przykład kiedy ktoś telefonicznie prosi mnie o ręczne wypełnienie formularza, albo proponuje mi kurs prawa jazdy w promocyjnej cenie. Dużo częściej jednak zdarza mi się, że muszę się głęboko zastanowić czy nie lepiej jednak nie wspominać o mojej niepełnosprawności, albo raczej czy już mówić, czy jeszcze nie. Wcześniej lub później ktoś i tak się o tym dowie, ale moment, który zostanie na to wybrany, ma duże znaczenie. Jeden z problemów tkwi w tym, że sprawa dotyczy ludzkich emocji, kultury osobistej, wykształcenia, obycia z niepełnosprawnością
i sposobu traktowania innych. A na tak grząskim gruncie bardzo trudno wytyczyć wyraźną ścieżkę postępowania.

Randkowe rozterki

Logując się na randkowym portalu zwykle podaje się szereg informacji na swój temat, po to, by wymarzony książę z najpiękniejszej bajki mógł sobie nas dobrze wyobrazić i zakochać się już w samym wytworzonym w ten sposób wizerunku. Informujemy więc o kolorze swoich oczu, włosów, wadze ciała, wykształceniu, wyznaniu religijnym, stanie cywilnym, rzeczach, które lubimy robić, cechach jakich nie lubimy u innych, potrawach, jakie zjadamy najchętniej, ulubionych zwierzętach i wielu innych szczegółach opisujących to kim i jacy jesteśmy. W żadnym formularzu jednak nie natrafiłam na rubryczkę „rodzaj niepełnosprawności”. Czy to jednak wystarczy, by uznać, że nasza niepełnosprawność jest na tyle nieistotna, iż można ją pominąć? Zawsze istnieje pole, w którym trzeba napisać kilka słów od siebie. Ale może mam do powiedzenia rzeczy ważniejsze niż to, że na przykład nie widzę? I już prawie decyduję się nie podawać tego do publicznej wiadomości, kiedy wyobraźnię moją nawiedza pewna wizja… Po kilku miesiącach pisania emaili, czatowania na gadu-gadu, niewinnych żartów i aluzji, niedospanych nocy, wyszukanych komplementów, wreszcie umawiam się z tajemniczym nieznajomym, by wreszcie w realnej rzeczywistości zweryfikować opinię, jaką wyrobiliśmy sobie na swój temat poznając się przez internet.
I wtedy co? Czy w ostatnim emailu napisać mu, że rozpozna mnie po białej lasce? A może wziąć go zupełnie z zaskoczenia, tylko że jak do mnie nie podejdzie widząc, że stoję z tą laską w umówionym miejscu, to nawet się o tym nie dowiem. Przyjść z przyjaciółką? A co jeśli będzie przekonany, że to z nią pisał, a może jak dowie się już, że to ze mną to i tak uwagę przeniesie na nią? No i jeszcze zanim się spotkamy, to mam udawać, że na zdjęciu, które mi wysłał super wygląda? Śmiać się z linków przekierowujących mnie na stronę www.youtube.pl do pięknych slajdów z wycieczki, śmiesznych kreskówek i innych równie niedostępnych dla mnie plików?
Może lepiej napisać o tym, że nie widzę w samym profilu na randkowym portalu… Ale czy ja nie wiem, na jakim świecie żyję? Jak ktoś będzie miał wybór między tysiącem kobiet, z jakimi styka się codziennie na ulicy, w szkole, na studiach, w pracy a mną – niewidomą, o której zwykle trudno mu nawet powiedzieć, co to konkretnie oznacza, to niewidzenie, to kogo wybierze? Ile osób zdecyduje się napisać właśnie do mnie? A jeśli już napiszą, to czy nie okaże się, że kierują nimi dziwne pobudki? Gwarantuję, że tak. Sama miałam okazję to przetestować. Po spisaniu wszystkich za i przeciw postanowiłam zdecydować się na „całą prawdę” i w ostatnim zdaniu, które miało moimi słowami opisywać mnie samą dodałam, że jestem samodzielną osobą niewidomą.
Pierwszy email był bardzo krótki, acz wymowny: „Ja też mam rentę, 48 lat. Umówmy się, jedziemy na tym samym wózku). Jeszcze nie zdążyłam ochłonąć ze zdumienia pomieszanego z oburzeniem, gdy do skrzynki emailowej spłynęła kolejna wiadomość. „Cześć. Ucieszyłem się, że nie widzisz, bo ogólnie zawsze mi mówiono, że jestem brzydki, ale tobie to przecież i tak wszystko jedno. Za seks dobrze płacę, pewnie jeszcze jesteś dziewicą ummmm, już się rozmarzyłem, ile byś chciała?” Dopóki ostatecznie nie zdecydowałam się zlikwidować założonego kilka tygodni wcześniej profilu otrzymałam jeszcze ofertę od pana, który szukał ekstremalnych wrażeń, a niewidomej jeszcze nie miał, od studenta, który był całe życie wolontariuszem, pomaga bezdomnym i spędza czas
w hospicjum mógłby więc spróbować pospotykać się i ze mną i od osoby, która jest w wiecznej depresji, nikt jej nie chce i nie rozumie, ale ja chyba nie będę taką świnią i jej nie odmówię, on też ma swoje potrzeby.
Po jakimś czasie postanowiłam więc wypróbować drugą opcję. Zainwestowałam swój czas i energię w zbudowanie pozytywnego wizerunku w umyśle osoby, którą uznam za ciekawą na podstawie jego elektronicznych wiadomości, a moja wewnętrzna siła, inteligencja i urok osobisty być może zrównoważą tę straszną prawdę, że nie widzę. Pierwsza osoba,
z którą się spotkałam nie uciekła, poszliśmy do kawiarni i przez całe dwie godziny opowiadał mi o swojej dziewczynie, choć wcześniej zapomniał o niej napisać. Druga osoba posiedziała ze mną 10 minut, zniknęła na chwilę, a w minutę później zadzwonił do niego telefon i kolega oświadczył, że bardzo mu przykro, ale musi już iść. Więcej się nie odezwał. Dobrze, że ma takich przyjaciół którzy potrafili pomóc mu w potrzebie i wykonać telefon czy puścić sygnał, który wyciągnął go z opresji.

Ustawa o antydyskryminacji

Podobne dylematy dopadają mnie, kiedy wysyłam swoje Cv. Czy napisać o tym, że nie widzę czy nie? Z jednej strony mogę wmawiać sobie i pracodawcy, że to atut, dostanie dofinansowanie, zaprzyjaźni kadrę z niepełnosprawną osobą, sam poszerzy swoje horyzonty, a przede wszystkim polska konstytucja gwarantuje mi takie same prawa jak każdemu innemu starającemu się o pracę. Istnieje nawet ustawa o antydyskryminacji, na którą w razie czego mogę się powołać. Dlaczego więc miałabym o tym wspominać? Z drugiej jednak strony, co, jeśli głównym narzędziem weryfikującym moją zdolność do wykonywania danej pracy okażą się tak popularne ostatnio testy? Przyniesienie swojego laptopa nic mi nie pomoże – są zwykle drukowane, a użycie komputera mogłoby rodzić wątpliwości wśród asesorów czy przypadkiem nie ukryłam tam sobie jakiejś ściągi. Może, więc napisać im o tym, że nie widzę od razu i zaoszczędzić sobie całej tej szopki? Ale jeśli jednak napiszę, to czy w ogóle dadzą mi szansę się zaprezentować? Czy zechce im się myśleć, czym możnaby te testy zastąpić? Może jeśli jednak pójdę tam, nic nie wspominając o mojej niepełnosprawności, zobaczą, że da się ze mną rozmawiać, że pojmuję, co do mnie mówią, nie jestem głucha i niepełnosprawna ruchowo tak już z rozpędu i zechcą zainteresować się moim przypadkiem? A może wysłać aplikację i czekać na odzew? Dopiero jak zadzwonią, powiedzieć im, że jestem osobą niewidomą? Tylko, że jak usłyszę: „ach, to jednak dziękujemy, nie mamy przystosowanego stanowiska”, to czy nie będzie mi bardzo przykro? Bo wywnioskuję łatwo, iż wszystko poza moją niepełnosprawnością im odpowiadało, a co ja jestem temu winna, że nie widzę? No i dla chcącego nic trudnego – stanowisko można zawsze przystosować.

Ciągle trzeba decydować

Trudno jest się uwolnić od przymusu decydowania „mówić czy nie mówić”, a co gorsza, z braku recepty z gotową odpowiedzią na to pytanie, ciągle trzeba samodzielnie podejmować tego typu decyzję licząc na to, że dobrze wybraliśmy. Począwszy od biura podróży, w którym zamawiamy tygodniowy pobyt na Krecie, a jedziemy tam z mocno niedowidzącym partnerem, poprzez zamawianie ekipy remontowej, a skończywszy na zapisywaniu się na zajęcia z aerobiku, basen czy kurs tańca zawsze musimy decydować czy lepiej powiedzieć, że się nie widzi czy zyskamy więcej nic o tym nie wspominając.
To, na co się zdecydujemy zależy od naszych dotychczasowych doświadczeń, ludzi, na jakich do tej pory trafialiśmy, sposobu patrzenia na życie, ale przede wszystkim tego, jak się nam wydaje. I nic nam niestety nie pomoże nawet ustawa o antydyskryminacji, albo szumne hasła i apele dotyczące powszechnie szerzącej się i coraz ponoć popularniejszej i naturalnej integracji osób pełnosprawnych z niepełnosprawnymi.
A przecież wada wzroku, sposób chodzenia, długość ręki czy poruszanie się na wózku powinno być traktowana tylko jako jeszcze jedna cecha, która jest nasza, realna, ale nie ma wpływu na to, co podobno liczy się najbardziej – na nasz charakter, naszą osobowość
i wnętrze.

Jedna myśl nt. „Mówić czy nie mówić, że nie widzę?

  1. Najlepiej o swojej niepełnosprawności mówić tylko wtedy, kiedy bezpośrednio ma to wpływ na naszą sytuację w codzienności. Przykładowo jeśli dzwoni do nas przez telefon z propozycją taniego kursu na prawko, nie trzeba się tłumaczyć. Wystarczy powiedzieć; „nie jestem zainteresowana „. Jeżeli natomiast ktoś podchodzi do Ciebie i każe Ci coś przeczytać lub pytasz w sklepie o jakiś produkt a pani sprzedająca mówi: „jest to co widać”. to wtedy trzeba wytłumaczyć sytuację. W wypadku randek internetowych to nie na profilu. Mówisz co lubisz i np. mówisz, że nie jeździsz sama motorem bo nie widzisz… wtedy się okaże czy kolo jest burakiem i skończy kontakt, czy się przełamie. Pzdr.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *