O synestezji – wywiad z Katarzyną Maliszewską

Kolory muzyki, muzyka kolorów
Monika Zarczuk

Kasia Maliszewska jest osobą pogodną, rozmowną, zawsze gotową pomagać ludziom. Widzi bardzo słabo. Człowieka, jak sama mówi, rozpoznaje z odległości jednego metra. Pracuje w firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą wag, szczególnie tych laboratoryjnych, pocztowych i przemysłowych, a po pracy prowadzi muzyczny zespół „Kómbajn”, dla którego pisze słowa piosenek, układa do nich muzykę i przygotowuje ich ostateczne aranżacje.
Trudno jednoznacznie określić rodzaj tego, co tworzy. Komponuje muzykę rozrywkową, począwszy od bossanowy, przez pop, aż do hip-hopu czasem łączonego z jazzem.
Z pewnością można by napisać ciekawy artykuł o jej pracy, jakie ma trudności i osiągnięcia. Postanowiłam jednak, że rozmowa, którą przeprowadzę z Kasią dla Nowego Magazynu Muzycznego, będzie dotyczyła zupełnie innych spraw. Bo Kasia w swoim życiu doświadcza czegoś niezwykłego, czegoś, o czym warto posłuchać.

– Opowiedz o swojej karierze muzycznej.
– Można powiedzieć, że jestem zawodowym muzykiem. Ukończyłam wydział kompozycji na Akademii Muzycznej w Gdańsku u Profesor Ewy Synowiec, a także teorię muzyki. Poza tym gram na flecie poprzecznym.
– Jak się zaczęła Twoja przygoda z muzyką?
– Zaczynała się kilka razy. Muzyki klasycznej słuchałam już jako niemowlę. Moja mama była operową śpiewaczką. W wieku 3 lat wystąpiłam po raz pierwszy na scenie. Zaśpiewałam wtedy fragment opery „carmen”. Podczas próby generalnej wkroczyłam na estradę i powiedziałam mamie, żeby zeszła, bo teraz ja śpiewam. Znałam na pamięć słowa, wiedziałam, kiedy wchodzić i utrzymywałam się w tonacji.
Pięć lat później śpiewałam już kilka arii podczas Dominikańskiego Jarmarku. Mając 13 lat zaczęłam uczęszczać do szkoły muzycznej.Równolegle uczyłam się gry na flecie u szwajcarskiego pedagoga Pana Gintera Wechingera. Chcąc pochwalić się nazwiskami ludzi, z którymi miałam przyjemność współpracować, pozwolę sobie powiedzieć, iż improwizacji jazzowej uczył mnie Pan Ptaszyn-Wróblewski.
– Ale Ty, Kasiu, posiadasz coś, co sprawia, że Twój świat dźwięków nie jest zwyczajny…
– Tak, to synestezja.
– Co to takiego?
– Jest to zjawisko polegające na pomieszaniu się ze sobą różnych zmysłów – wielozmysłowe postrzeganie jednej rzeczy. Każdy z nas to miał do jedenastego miesiąca życia, a niektórzy nigdy z tego nie wyrośli.
– Jak często zjawisko to występuje wśród ludzi dorosłych?
– Ma to jedna osoba na piętnaście tysięcy. Spośród nich zaś co piętnastotysięczna ma synestezję w postaci twardej, tak jak ja. Dla mnie dany dźwięk ma zawsze ten sam, jakby na stałe przypisany kolor. Dla ludzi z miękką synestezją ten sam dźwięk może mieć np. barwę niebieską, a za miesiąc już zieloną. Z początku myślałam, że mają to wszyscy, że to naturalne.
– A czy możesz nam opowiedzieć, jak ta synestezja przejawia się u Ciebie?
– Patrząc na białą kartkę, słyszę dźwięk fortepianu. Słysząc trąbkę, widzę przed sobą kolor żółty. W dzieciństwie uwielbiałam słuchać bajek. Było w nich dużo muzyki, więc bajki te były dla mnie niezwykle kolorowe.
Jako dziecko często próbowałam chwycić przedmioty, których nie było. Wydawało mi się bowiem, że mogę złapać dźwięk, skoro leci do mnie np. w postaci kolorowego balonika.
Bo kiedy słucham muzyki, widzę jej kolory.
– Jakie kolory mają poszczególne dźwięki?
– Generalna zasada jest taka, że niskie dźwięki mają kolory szare, fiolety, kolory zimne, przybrudzone, wysokie zaś – czerwone, pomarańczowe, czasem różowe. Każde zjawisko słyszalne ma swój kolor – każdy instrument, głos, oddech. Nawet jedzenie, na które w tej chwili patrzę. Jasnożółty kotlet słyszę jako dwukreślne, klarnetowe D, ogórki sprawiają, że słyszę dźwięk dzwonów, a ziemniaki to razkreślne C.
– To co robisz, jeśli obiad Ci fałszuje?
– Oj, To zdarza się bardzo często. Po prostu przyzwyczaiłam się, bo musiałabym być nieraz głodna.
– A jaki kolor ma cisza?
– Cisza to taki bardzo matowy, czarny kolor. Najczarniejszy, jaki widziałam.
– Kiedy odkryłaś, że postrzegasz świat inaczej niż inni?
– Któregoś dnia profesor od elektroakustyki zwrócił uwagę, że moje oczy silnie reagują na dźwięk. Zaczął zadawać mi pytania i dowiedziałam się, że posiadam coś, czego nie mają inni. Potem okazało się, że jedna z moich wykładowczyń ma także synestezję. To ona nauczyła mnie rozumieć to zjawisko i rozróżniać świat realny od tego, który widzę tylko ja. Rozdzielenie zmysłu słuchu, od zmysłu wzroku, i kontrolowanie tego podziału wymagało jednak tak dużej pracy mózgu, iż ucierpiał na tym mój zmysł dotyku. Niejako rozdzieliłam wzrok i słuch, ale nie potrafię teraz rozróżniać kształtów, a nawet nie wyczuwam temperatury i faktury przedmiotów trzymanych w dłoni.
– Jak wygląda Twoje życie z synestezją?
– Mogę opisać jego dwie sfery – muzyczną i tę codzienną, do której zalicza się chodzenie po ulicy i wykonywanie zwykłych czynności. Jak wspomniałam, widzę kolory muzyki, dlatego lubię jej słuchać po ciemku. Patrząc na obrazy, szczególnie współczesne, słyszę muzykę ich kolorów i to jest niesamowite. To takie multimedialne spostrzeganie rzeczywistości. Ta cecha niezwykle ułatwia mi komponowanie. Nie muszę siedzieć przy klawiaturze i myśleć, zastanawiać się, co do czego pasuje. Ja to po prostu widzę. Dlatego wszystko przebiega dużo szybciej.
– Jak odczuwasz synestezję w życiu codziennym?
– Hmmm. Tu sprawa znacznie się komplikuje. Dźwięki, które widzę, są integralnymi obrazami tego, co mnie otacza. Trudno mi je oddzielić od realnych przedmiotów. Od intensywności dźwięku, od jego głośności zależy wyrazistość kształtu i nasycenie koloru.
– Jak sobie z tym radzisz?
– Nauczyłam się już, że obraz realny jest bardziej statyczny, a obrazy dźwięku są ruchome, zmieniają położenie wraz ze mną.
– Czy jednak zdarza Ci się nie odróżniać obrazu dźwięku od obrazów przedmiotów istniejących naprawdę?
– Tak. Zdecydowanie. Kiedy jest cicho, np. późnym wieczorem, idąc ulicą słyszę swoje kroki i sprawia to, iż nagle wyrastają przede mną słupy. W takiej bowiem postaci widzę dźwięk odbijający się od ścian. Czasami więc staram się wymijać nieistniejące przeszkody, wpadając na realne. Gdy dźwięk jest bardzo silny i angażuję słuch, wzrok jeszcze bardziej się osłabia i dwa światy zaczynają mi się bardzo mieszać ze sobą. Tak to już bowiem ze mną jest, że kiedy jest cicho, widzę lepiej, jeśli widzę lepiej, słabiej słyszę. Przez to trudno ustalić zakres mojej wady wzroku. Tak więc zdawałoby się zwykłe szczeknięcie psa czy dzwoniąca nagle komórka stanowi dla mnie prawdziwe zagrożenie. Jako dziecko panicznie bałam się głośnej perkusji czy głośnej muzyki rockowej. Te dźwięki wyglądały jak czarne pręty lecące w moją stronę. Bałam się, że wbiją się we mnie. Nikt nie rozumiał, skąd bierze się ten lęk.
– Czy widzisz najlepiej wtedy, kiedy niczego nie słyszysz?
– To nie zupełnie tak. Są dźwięki, które wspomagają moje widzenie. Chodzi tu o pewną zgodność. Kiedy słuchając trąbki, której kolor dźwięku jest żółty i patrzę na żółtą ścianę, wtedy widzę ją bardzo wyraźnie. Jeśli towarzyszy mi dźwięk, którego kolor odpowiada temu, co widzę w świecie realnym, zmysły jakby się wzmacniają nawzajem, uzupełniają i potęgują. Jeśli zaś patrzę na niebieską ścianę, a kolor słyszanego w tym czasie dźwięku jest czerwony, wzrok ulega zaburzeniu.
– Jakie więc chciałabyś mieć ściany w swoim własnym domu?
– Nie mogę teraz odpowiedzieć na to pytanie. To zależałoby od tego, jakie dźwięki towarzyszą na ogół mojemu domowi. Jeśli jest to osiedle, gdzie biegają dzieci, a dzieci mają ciepłe barwy, żółty, lekkie pomarańcze, nawet biel, nie mogłabym wybrać zimnego koloru ścian.
– Czy ludzie jakoś zauważają Twoją inność?
– Czasem ludzie się mnie boją…
– jak to się boją?
– Otóż mój wzrok podąża za tym, co bardziej go przyciąga. Jeśli dźwięk jest silniejszy od tego, co widzę, wzrok podąży za obrazem dźwięku. Jeśli usłyszę coś głośnego za sobą, moje gałki oczne zwracają się do tyłu, patrzą jakby w głąb. Na ludziach robi to szokujące wrażenie. Mówią, że mam wtedy trupie spojrzenie, że tracę kontakt z rzeczywistością.
– Na koniec zapytam Cię, czy uważasz synestezję za dar czy przekleństwo?
– To najtrudniejsze pytanie, jakie można mi zadać. Z jednej strony widzę muzykę, słyszę kolory i to jest piękne. W pracy muzycznej pomaga mi to niesamowicie. To, co moi koledzy robili pół roku, zajmowało mi dwa tygodnie. Z drugiej strony dźwięki i ich obrazy potrafią mnie zaskakiwać i razić dysonansem, co powoduje, iż odczuwam silny dyskomfort. A jednocześnie nie mogę sobie wyobrazić, że widzę świat tak, jak inni. Nie wiem, jak mogłabym żyć bez tego zjawiska.

Monika Zarczuk

Kasia Maliszewska jest osobą pogodną, rozmowną, zawsze gotową pomagać ludziom. Widzi bardzo słabo. Człowieka, jak sama mówi, rozpoznaje z odległości jednego metra. Pracuje w firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą wag, szczególnie tych laboratoryjnych, pocztowych i przemysłowych, a po pracy prowadzi muzyczny zespół „Kómbajn”, dla którego pisze słowa piosenek, układa do nich muzykę i przygotowuje ich ostateczne aranżacje.
Trudno jednoznacznie określić rodzaj tego, co tworzy. Komponuje muzykę rozrywkową, począwszy od bossanowy, przez pop, aż do hip-hopu czasem łączonego z jazzem.
Z pewnością można by napisać ciekawy artykuł o jej pracy, jakie ma trudności i osiągnięcia. Postanowiłam jednak, że rozmowa, którą przeprowadzę z Kasią dla Nowego Magazynu Muzycznego, będzie dotyczyła zupełnie innych spraw. Bo Kasia w swoim życiu doświadcza czegoś niezwykłego, czegoś, o czym warto posłuchać.

– Opowiedz o swojej karierze muzycznej.
– Można powiedzieć, że jestem zawodowym muzykiem. Ukończyłam wydział kompozycji na Akademii Muzycznej w Gdańsku u Profesor Ewy Synowiec, a także teorię muzyki. Poza tym gram na flecie poprzecznym.
– Jak się zaczęła Twoja przygoda z muzyką?
– Zaczynała się kilka razy. Muzyki klasycznej słuchałam już jako niemowlę. Moja mama była operową śpiewaczką. W wieku 3 lat wystąpiłam po raz pierwszy na scenie. Zaśpiewałam wtedy fragment opery „carmen”. Podczas próby generalnej wkroczyłam na estradę i powiedziałam mamie, żeby zeszła, bo teraz ja śpiewam. Znałam na pamięć słowa, wiedziałam, kiedy wchodzić i utrzymywałam się w tonacji.
Pięć lat później śpiewałam już kilka arii podczas Dominikańskiego Jarmarku. Mając 13 lat zaczęłam uczęszczać do szkoły muzycznej.Równolegle uczyłam się gry na flecie u szwajcarskiego pedagoga Pana Gintera Wechingera. Chcąc pochwalić się nazwiskami ludzi, z którymi miałam przyjemność współpracować, pozwolę sobie powiedzieć, iż improwizacji jazzowej uczył mnie Pan Ptaszyn-Wróblewski.
– Ale Ty, Kasiu, posiadasz coś, co sprawia, że Twój świat dźwięków nie jest zwyczajny…
– Tak, to synestezja.
– Co to takiego?
– Jest to zjawisko polegające na pomieszaniu się ze sobą różnych zmysłów – wielozmysłowe postrzeganie jednej rzeczy. Każdy z nas to miał do jedenastego miesiąca życia, a niektórzy nigdy z tego nie wyrośli.
– Jak często zjawisko to występuje wśród ludzi dorosłych?
– Ma to jedna osoba na piętnaście tysięcy. Spośród nich zaś co piętnastotysięczna ma synestezję w postaci twardej, tak jak ja. Dla mnie dany dźwięk ma zawsze ten sam, jakby na stałe przypisany kolor. Dla ludzi z miękką synestezją ten sam dźwięk może mieć np. barwę niebieską, a za miesiąc już zieloną. Z początku myślałam, że mają to wszyscy, że to naturalne.
– A czy możesz nam opowiedzieć, jak ta synestezja przejawia się u Ciebie?
– Patrząc na białą kartkę, słyszę dźwięk fortepianu. Słysząc trąbkę, widzę przed sobą kolor żółty. W dzieciństwie uwielbiałam słuchać bajek. Było w nich dużo muzyki, więc bajki te były dla mnie niezwykle kolorowe.
Jako dziecko często próbowałam chwycić przedmioty, których nie było. Wydawało mi się bowiem, że mogę złapać dźwięk, skoro leci do mnie np. w postaci kolorowego balonika.
Bo kiedy słucham muzyki, widzę jej kolory.
– Jakie kolory mają poszczególne dźwięki?
– Generalna zasada jest taka, że niskie dźwięki mają kolory szare, fiolety, kolory zimne, przybrudzone, wysokie zaś – czerwone, pomarańczowe, czasem różowe. Każde zjawisko słyszalne ma swój kolor – każdy instrument, głos, oddech. Nawet jedzenie, na które w tej chwili patrzę. Jasnożółty kotlet słyszę jako dwukreślne, klarnetowe D, ogórki sprawiają, że słyszę dźwięk dzwonów, a ziemniaki to razkreślne C.
– To co robisz, jeśli obiad Ci fałszuje?
– Oj, To zdarza się bardzo często. Po prostu przyzwyczaiłam się, bo musiałabym być nieraz głodna.
– A jaki kolor ma cisza?
– Cisza to taki bardzo matowy, czarny kolor. Najczarniejszy, jaki widziałam.
– Kiedy odkryłaś, że postrzegasz świat inaczej niż inni?
– Któregoś dnia profesor od elektroakustyki zwrócił uwagę, że moje oczy silnie reagują na dźwięk. Zaczął zadawać mi pytania i dowiedziałam się, że posiadam coś, czego nie mają inni. Potem okazało się, że jedna z moich wykładowczyń ma także synestezję. To ona nauczyła mnie rozumieć to zjawisko i rozróżniać świat realny od tego, który widzę tylko ja. Rozdzielenie zmysłu słuchu, od zmysłu wzroku, i kontrolowanie tego podziału wymagało jednak tak dużej pracy mózgu, iż ucierpiał na tym mój zmysł dotyku. Niejako rozdzieliłam wzrok i słuch, ale nie potrafię teraz rozróżniać kształtów, a nawet nie wyczuwam temperatury i faktury przedmiotów trzymanych w dłoni.
– Jak wygląda Twoje życie z synestezją?
– Mogę opisać jego dwie sfery – muzyczną i tę codzienną, do której zalicza się chodzenie po ulicy i wykonywanie zwykłych czynności. Jak wspomniałam, widzę kolory muzyki, dlatego lubię jej słuchać po ciemku. Patrząc na obrazy, szczególnie współczesne, słyszę muzykę ich kolorów i to jest niesamowite. To takie multimedialne spostrzeganie rzeczywistości. Ta cecha niezwykle ułatwia mi komponowanie. Nie muszę siedzieć przy klawiaturze i myśleć, zastanawiać się, co do czego pasuje. Ja to po prostu widzę. Dlatego wszystko przebiega dużo szybciej.
– Jak odczuwasz synestezję w życiu codziennym?
– Hmmm. Tu sprawa znacznie się komplikuje. Dźwięki, które widzę, są integralnymi obrazami tego, co mnie otacza. Trudno mi je oddzielić od realnych przedmiotów. Od intensywności dźwięku, od jego głośności zależy wyrazistość kształtu i nasycenie koloru.
– Jak sobie z tym radzisz?
– Nauczyłam się już, że obraz realny jest bardziej statyczny, a obrazy dźwięku są ruchome, zmieniają położenie wraz ze mną.
– Czy jednak zdarza Ci się nie odróżniać obrazu dźwięku od obrazów przedmiotów istniejących naprawdę?
– Tak. Zdecydowanie. Kiedy jest cicho, np. późnym wieczorem, idąc ulicą słyszę swoje kroki i sprawia to, iż nagle wyrastają przede mną słupy. W takiej bowiem postaci widzę dźwięk odbijający się od ścian. Czasami więc staram się wymijać nieistniejące przeszkody, wpadając na realne. Gdy dźwięk jest bardzo silny i angażuję słuch, wzrok jeszcze bardziej się osłabia i dwa światy zaczynają mi się bardzo mieszać ze sobą. Tak to już bowiem ze mną jest, że kiedy jest cicho, widzę lepiej, jeśli widzę lepiej, słabiej słyszę. Przez to trudno ustalić zakres mojej wady wzroku. Tak więc zdawałoby się zwykłe szczeknięcie psa czy dzwoniąca nagle komórka stanowi dla mnie prawdziwe zagrożenie. Jako dziecko panicznie bałam się głośnej perkusji czy głośnej muzyki rockowej. Te dźwięki wyglądały jak czarne pręty lecące w moją stronę. Bałam się, że wbiją się we mnie. Nikt nie rozumiał, skąd bierze się ten lęk.
– Czy widzisz najlepiej wtedy, kiedy niczego nie słyszysz?
– To nie zupełnie tak. Są dźwięki, które wspomagają moje widzenie. Chodzi tu o pewną zgodność. Kiedy słuchając trąbki, której kolor dźwięku jest żółty i patrzę na żółtą ścianę, wtedy widzę ją bardzo wyraźnie. Jeśli towarzyszy mi dźwięk, którego kolor odpowiada temu, co widzę w świecie realnym, zmysły jakby się wzmacniają nawzajem, uzupełniają i potęgują. Jeśli zaś patrzę na niebieską ścianę, a kolor słyszanego w tym czasie dźwięku jest czerwony, wzrok ulega zaburzeniu.
– Jakie więc chciałabyś mieć ściany w swoim własnym domu?
– Nie mogę teraz odpowiedzieć na to pytanie. To zależałoby od tego, jakie dźwięki towarzyszą na ogół mojemu domowi. Jeśli jest to osiedle, gdzie biegają dzieci, a dzieci mają ciepłe barwy, żółty, lekkie pomarańcze, nawet biel, nie mogłabym wybrać zimnego koloru ścian.
– Czy ludzie jakoś zauważają Twoją inność?
– Czasem ludzie się mnie boją…
– jak to się boją?
– Otóż mój wzrok podąża za tym, co bardziej go przyciąga. Jeśli dźwięk jest silniejszy od tego, co widzę, wzrok podąży za obrazem dźwięku. Jeśli usłyszę coś głośnego za sobą, moje gałki oczne zwracają się do tyłu, patrzą jakby w głąb. Na ludziach robi to szokujące wrażenie. Mówią, że mam wtedy trupie spojrzenie, że tracę kontakt z rzeczywistością.
– Na koniec zapytam Cię, czy uważasz synestezję za dar czy przekleństwo?
– To najtrudniejsze pytanie, jakie można mi zadać. Z jednej strony widzę muzykę, słyszę kolory i to jest piękne. W pracy muzycznej pomaga mi to niesamowicie. To, co moi koledzy robili pół roku, zajmowało mi dwa tygodnie. Z drugiej strony dźwięki i ich obrazy potrafią mnie zaskakiwać i razić dysonansem, co powoduje, iż odczuwam silny dyskomfort. A jednocześnie nie mogę sobie wyobrazić, że widzę świat tak, jak inni. Nie wiem, jak mogłabym żyć bez tego zjawiska.

Jedna myśl nt. „O synestezji – wywiad z Katarzyną Maliszewską

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *