5 miast Europy w 2 tygodnie

Dla tych, którzy nie czytają moich aktualności od deski do deski, dwa słowa wyjaśnienia. Henrique, dalej zwany zapałką, przyjechał do mnie na 3 tygodnie wakacji. Dwa tygodnie postanowiliśmy spędzić na wycieczce po kilku miastach Europy, ostatni tydzień tutaj w Gdańsku. Nie jest to jednak żadna romantyczna historia, ma dziewczynę w Brazylii i na nic nie mogłam liczyć, choć fajny z niego chłopak.

LONDYN

Wycieczka zaczęła się dreszczykiem. Zamówiliśmy taksówkę dosyć wcześnie, ale były korki, jakaś blokada przed lotniskiem, także kiedy przybyliśmy na miejsce, pozostało tylko 40 minut do odlotu, a odprawa była zamknięta.
w okienku ppowiedziano mi, że muszę przebukować bilet.
Ale my mieliśmy wykupione bilety z Londynu i potem wszędzie indziej i cała lawina by runęła. Poprosiłam o rozmowę z jakimś kierownikiem i ostatecznie nas odprawiono, na szczęście.

Londyn przywitał nas wiatrem i śniegiem. Długo nie mogliśmy znaleźć autobusu, by dojechać do osoby, która zgodziła się nas przenocować, znalazłam ją na stronie cauchsurfingowej. (to ten serwis www.couchsurfing.org, gdzie logują się ludzie proponujący darmowy nocleg, pomoc przy zwiedzaniu miasta lub wspólną kawę licząc na wzajemność, kiedy samym im przyjdzie podróżować.) Nasz hoster/osoba goszcząca, Victor, pochodził z Portugalii, mieszkał długo w stanach, teraz w Londynie…

Dom Wiktora okazał się bardzo nowoczesny. Dostaliśmy swój pokój z komputerem, netem, telewizorem, dvd i telefonem. Było tam również łóżko… jedno.. ale duże.

Zapałka poszedł się położyć, a ja zostałam gawędząc z gospodarzem. Dowiedziałam się między innymi, że on nigdy żadnej dziewczynie nie odmawia, że nie ma to jak okazjonalny seks bez zobowiązań, że przyjmował na couchu dziewczyny, które same wchodziły mu do łużka, a jemu to pasowało, że jakaś Polka, 18 letnia świadczyła mu erotyczny serwis przez skype i telefon i nosiła moje imię… miałam serdecznie dosyć. Nie podobał mi się, w dodatku był dla mnie za stary, 45 lat… bleee.
Obudziłam Zapałkę i poszliśmy się przejśc.

Pierwszego dnia, wyszedłszy na przypadkowy spacer, bo było już dość późno, miasta jeszcze nie znaliśmy wcale i nie chcieliśmy się oddalać zbytnio od domu, trafiliśmy na jakiś miły park, gdzie pełno było straganów, karuzeli, sztuczne lodowisko i coś, co początkowo wzięliśmy za London Eye, a co potem ochrzciliśmy jedynie jego dzieckiem.
Sprzedawano tam nawet szoty wódki, 2 funty za sztukę, różnego typu słodycze i przekąski. Skusiliśmy się na taki jakby pieróg drożdżowy z bekonem i serem. Całkiem dobre. Mięso krojone na małe kawałki i jakaś ostra przyprawa nadawały temu charakteru.
Miły parczek okazał się być Hyde Parkiem, a festyn ostatnim dniem jego aktywności przed zamknięciem na sezon zimowy. Uznaliśmy to za dosyć dziwne, jako że miejsce to nosiło nazwę „Winter wonderland amusement Park”. Może wynikało to ze sławnego angielskiego poczucia humoru…
Wieczór jednakże spędziliśmy bardzo miło, mam nawet zdjęcie na karuzeli, siedząc na rączym koniu. Szkoda, że nie będzie słychać muzyki country jaka mi towarzyszyła. Po zejściu stwierdziłam, że karuzela jest zdecydowanie zbyt mało zabezpieczona, bo bardzo łatwo z niej spaść, kiedy się uśnie w trakcie jazdy. (taka była szybka)

Jeśli chodzi o zdjęcia, to nie mam ich wiele, tj. takich, na których jestem ja, bo Henrique woli uwieczniać budynki i przypadkowych turystów niż mnie czy tym bardziej siebie. Każda więc fotografia ukazująca nas razem czy z osobna była wynikiem mniej lub bardziej burzliwych negocjacji.

Drugiego dnia odwiedziliśmy salon Apple, 3 sklepy elektroniczne, jeden S-watcha i pewnie z 5 sklepów z telefonami komórkowymi, bo jak się okazało, elektronika była jednym z głównych punktów uwagi Zapałki, mieszczących się w Europie. Sprzęt co prawda „nie był tak tani jak w USA”…, ale ciągle opłacało się przywieźć coś do Brazylii, podarować komuś lub sprzedać.

Tego dnia spotkaliśmy się również z Robertem… Skontaktowałam się z nim również przez Couchsurfing. W wiadomości e-mail wysyłanej do couchsurferów, w której pytałam o nocleg, nadmieniłam, że jeśli adresat nie może nas przenocować, to może chciałby umówić się z nami na kawę i poopowiadać coś o mieście, albo coś nam pokazać. Robert właśnie wyraził taką chęć. Przybył na spotkanie z dwójką dzieci, azjatyckich zresztą, 6-letnim Joshem, i 8-letnią Sukriti, której imię mnie zachwyciło, ale jeszcze bardziej przepiękny, brytyjski akcent rodem z BBC. Pachniała tak samo jak moje ukochane dziecko z wakacyjnego wolontariatu Sama i bardzo za nią zatęskniłam. Dostaliśmy od Sukriti pudełko miętowych czekoladek, które specjalnie dla nas wyciągnęła ze swojej szafeczki z zapasami słodyczy na czarną godzinę. Dzieciaki były naprawdę słodkie i bardzo umiliły mi dzień. Nasi nowi przyjaciele pokazali nam centrum Londynu, w tym Ministral Catedral. Z tymi odwiedzinami łączy się tekst, który towarzyszył mi i zapałce do końca pobytu i nadal chętnie wraca na nasze usta. W oryginale bzmi on: „don’t make a mess in a church” i podlega stałym modyfikacjom typu: „don’t make a mess in a plane”, „don’t make a mess in a bathroom” itd.
Otóż podczas zwiedzania kościoła stanęliśmy całą grupą w nawie, i jeden starszy pan zaczął się przepychać i narzekać, że blokujemy drogę. „Narzekać”, to może dosyć nieadekwatne określenie, on nas „ostro skrytykował”… Na to Robert – protestant bardzo żywo udzielający się w kościelnym wolontariacie – wymówił sławne słowa: „Don’t make a mess in a church”. Na to tamten odparł: „Shud up Kuli”. (Jak się potem dowiedziałam, Kuli to obraźliwe określenie na osoby hinduskiego pochodzenia). Mówiąc to jegomość już trochę się oddalił, ale Robert podbiegł do niego, wysyczał ponownie „don’t make a mess in a church” i pchnął tamtego. Na to, zbiegli się już wszyscy inni turyści i ludzie, którzy siedzieli w ławkach, jako że trwała właśnie msza, a na koniec pojawił się pan z ochrony, który obu delikwentów „delikatnie” wyprowadził z kościoła.
Robert oświadczył, że był to wyraźny pokaz katolicyzmu w Anglii i katolickiej pobożności, a my odkryliśmy, że podziały rasowe będą wiecznie aktualne bez względu na czas i miejsce.
Ja polubiłam Roberta, mimo że mam przeczucie, iż drzemią w nim dosyć nieprzewidywalne reakcje. On polubił nas także i zaprosił na kolację dnia następnego.

Dnia następnego natomiast poszliśmy zobaczyć Tower Bridge, spędziliśmy 40 minut w sklepie z pamiątkami, co było czasem dla mnie i mojej przyjemności, a potem spotkaliśmy się jeszcze z Naną i Nilem. Nana jest Japonką i na tym spotkaniu zależało Henrique, który interesuje się Japonią i mówi całkiem dobrze po japońsku, a Nil jest Brytyjczykiem, wychowanym w Holandii. (Jak łatwo się domyślić, to również osoby z couchsurfingu). Razem z nimi odwiedziliśmy Covent Garden, wysłuchaliśmy jakiegoś przypadkowego koncertu muzyki poważnej z towarzyszącymi mu tańcerzami, co wszystko raem stwarzało dosyć nietypowe wrażenie, i zjedliśmy fish and chips…

Następnym punktem programu było spotkanie z Robertem. Zapałka stwierdził, że czuje się zbyt zmęczony, by mi towarzyszyć, więc poszłam sama. To był bardzo miły wieczór.
Przyszedł do nas turek, który ugotował nam potrawę składającą się z jajek sadzonych i szpinaku duszonego na maśle, Robert, który jest zawodowym koneserem wina, może hobbystą, ale na pewno próbuje go całe mnóstwo, otworzył ze 3 butelki różnego i można było popróbowac.
Jak sobie łatwo wyobrazić zaprzyjaźniliśmy się ze sobą szybko i trwale.

Przez cały czas pobytu padało i wiało, pogoda była zniechęcająca i odbierała mi dobry humor, szczególnie ostatniego dnia. Dobrze jednak, że zawsze coś się działo, a desery mają przepyszne, kupiliśmy malinowe z bitą śmietaną, warstwą biszkopta przekładane malinową galaretką, a raczej z żelizowanymi malinami, a wszystko to w pudełku, jak nasz jogurt, tyle, że kwadratowym… Mniaaaam!

PORTO

Odrazu zdradzę tajemnicę i powiem, że Porto podobało mi się najbardziej.
Miało w sobie coś, ten klimat… Niewielkie, wąskie brukowane uliczki, budynki blisko siebie, jakoś kojarzyło mi się z Krakowem. Dobre i niedrogie wino też odegrało tu pewną rolę. Już po wylądowaniu poszliśmy na obiad suto zakrapiany winem i humor odrazu mi się poprawił. Do tego między opadami deszczu wychodziło słońce, a temperatura wahała się ok. 15 stopni, więc całkiem pomyślnie.
Podczas obiadu nasz nowy hoster, u którego mieliśmy spać, a który po nas wyszedł na lotnisko – Alberto – przedstawił nam ważną figurę w świecie couchsurfingu: Fernando. W ciągu nie z pełna 2 lat przenocował ok. 120 osób, stając się rekordzistą w Portugalii i 8 osobą na świecie w rankingu hosterów. Ma ok. 70 lat, jest na emeryturze i cauchsurfing stał się jego obecnym sposobem na życie. Oprowadza gości po mieście, wychodzi z nimi na obiady, organizuje im czas. Jak chwilowo nikogo nie ma, kręci się w okolicach dworca polując na turystów szukających noclegu po to by zaproponować im darmowy i opowiedzieć o cauchsurfingu. Wyjeżdżają od niego z założonym profilem na stronie. To prawdziwy działacz idealista.
Następnego dnia byliśmy u niego w mieszkaniu, pełno flag różnych narodowości, kolekcja butelek po trunkach różnej masci i fajny patent: Duża butla wypełniona wodą, na dnie mała filiżanka, a do butli przyklejona karteczka z napisem: „Jeśli wrzucisz monetę i trafisz nią do filiżanki, dostaniesz papier toaletowy”. Henrique oczywiście sięgnął do swoich centów, wrzucił jedną monetę, potem drugą i trzecią… w końcu dowiedział się, że prawa fizyki nie pozwolą na to, by trafił do filiżanki. Fernando śmiał się, że i tak każdy dostaje papier, bo dzięki hazardowym zapędom gości i tak zawsze go na niego stać.

Trzymając się jednak chronologicznego porządku, pierwszego wieczoru spotkaliśmy się z Patrycją, która jest znajomą Roberta. Zadzwonił do niej, kiedy jedliśmy turecki obiad i zapytał czy możemy się spotkać w Porto. Zgodziła się, przyjechała po nas autem i zabrała nas do restauracji 5-gwiazdkowego hotelu na typowo portugalskie jedzenie. Było pięknie podane, i dobre choć nie wiele, jak przystoi na drogie żarcie. Za wszystko zapłaciła, co było bardzo miłe z jej strony. Wieczór był sympatyczny.
Alberto jest bardzo rozmownym starszym Panem, zajął się anmi naprawdę w sympatyczny sposób. Warunki mieliśmy komfortowe.

Drugiego dnia zwiedzaliśmy jaskinie, gdzie przechowuje się wino w beczkach, a przewodniczka opowiada historię jego tworzenia. Mieliśmy okazję go trochę popróbować. Nie lubię Portwine-u… jest makabrycznie słodkie. Nie przeszkodziło mi to jednak odkryć marki, którą lubię, i ostatniego wieczoru wypiliśmy trzy butelki…
Idąc do jaskiń przedzieraliśmy się przez prawdziwą ulewę. Mieliśmy jedną parasolkę i Zapałka obejmował mnie, tak że szliśmy przytuleni, żeby zmieścić się pod chroniącym nas przedmiotem. Było to najwystępniejsze zdarzenie z emocjonalno fizycznego repertuaru Monika-Henrique. Przez całą resztę wycieczki, był on bowiem mocno zdystansowany, także zyskał ode mnie miano „stowny”. Musiał odebrać dobre szkolenie od swojej dziewczyny przed wyjazdem.

Ostatni dzień wspominam najmilej. Pochodziliśmy po mieście, mostach, sklepach z pamiątkami, zjedliśmy dobry obiad, była ładna pogoda i zapałka był jakiś milszy dla mnie.

BARCELONA

Po 3 winach i jednej godzinie snu, droga do Barcelony nie należała do najprzyjemniejszych. Dotarliśmy tam jednak i ucięliśmy sobie krótką drzemkę w kolejnym gościnnym mieszkanku, którego właścicielami była para Hiszpanów, bardzo miłych swoją drogą. Pierwszego dnia zrobili nam kolację, na którą podano tortillę, hiszpańską kiełbasę, szynkę, coś w rodzaju carpaccio, a na deser zjedliśmy typowo bożonarodzeniowe słodycze, takie jakby bloki czekoladowe o różnych smakach.
Między drzemką a kolacją zwiedziliśmy centrum Barcelony Ramblas czy coś podobnego, ale samo miasto niczym szczególnym mnie nie ujęło. Może dlatego, że spodziewałam sie po niej więcej?

Kolejnego dnia zwiedziliśmy stadion FC Barcelony, sam wstęp kosztował 18 euro, ale oboje lubimy piłkę nożną, więc zwiedziliśmy muzeum poświęcone drużynie, ale i piłce, a nawet sportowi w Hiszpanii w ogóle i stadion. Na telebimach można było oglądać gole strzelane przez zawodników Barcelony czy to w rozgrywkach ligowych, pucharowych czy narodowych. Puszczano komentarze w różnych językach, między innymi po polsku. Czuło się tam prawdziwie sportową atmoswerę. Ten ryk kibiców i wykrzykiwane gooooooooooole nadawały klimat. Było to dla mnie ciekawe.
Potem poszlismy zobaczyć Sakrada Familia, gotycką katedrę, która ponoć robi piorunujące wrażenie. Pamiętam, że Henrique powiedział: „Nie wiem czy ta katedra jest katolicka, ale jeśli tak, to poczułem się naprawdę dumny, że jestem katolikiem”. Widziałam, że bardzo mu się podobało.
Ostatnie chwile poświęciliśmy łażeniu po sklepach, dla mnie po tych z pamiątkami, dla niego oczywiście elektronicznych i komputerowych.

W Barcelonie czekał na mnie Wilson… Chłopak, który po przeczytaniu mojego maila wszedł na moją stronę i napisał mi w odpowiedzi długą wiadomość, iż zrobiłam na nim duże wrażenie i że bardzo żałuje, że nie może nas przenocować, ale jakbym chciała się spotkać na kawę, to on bardzo chętnie. Umówiliśmy się wieczorem. Zapałka znowu nie chciał iść, stwierdziłam więc, że pójdę sama. Już i tak tyle ryzykowałam na tej wycieczce, a Henrique, choć miły i dowcipny, pewnego rodzaju wrażeń nie chciał mi dostarczać. Okazało się, że Wilson przyszedł z kolegą, Godsonem. Długo nie chciałam wierzyć, że to jego prawdziwe imię. I tu rozpoczęła się mini telenowela. Z Wilsonem rozmawiałam jakieś dwa tygodnie na skype, Godsona spotkałam pierwszy raz, ale odrazu bardziej mi się spodobał. Wilson był miły dla mnie, śpiewał mi piosenki, a ja ciągle zastanawiałam się gdzie jest Godson i cieszyłam się kiedy ze mną tańczył. Jemu osobiście było dosyć obojętne z kim przebywa. Najpierw poszliśmy do baru na drinka, potem do innego na kolejnego, aż wreszcie trafiliśmy do dyskoteki. Już nie pamiętam kiedy tak dobrze się bawiłam. Dbali o mnie bardzo, smakowało mi martini z redbulem, mochito też było całkiem, całkiem, tylko trochę za słodkie jak na mój gust… Miałam wrócić do domu ok. 12, o 3.30 zadzwonił Zapałka, ale byłam już w drodze do domu. Weszłam do mieszkania, umyłam zęby, spakowałam drobiazgi i wyszliśmy na lotnisko…
Drogi na lotnisko, a potem tego, co działo się w samolocie… nie pamiętam. Spałam.
I tak nadszedł czas na ostatnie nowe dla mnie miasto – Mediolan.

MEDIOLAN

Tu nocowaliśmy u Bożeny, Polki, mieszkającej w Mediolanie od siedmiu lat. Właśnie wróciła z Egiptu, była z Marokańczykiem przez 3 lata, więc szybko znalazłyśmy wspólny język.
Jedynym minusem mieszkania było to, że buszowały po nim karaluchy. Ja mam fobie, a zapałka miał zabawę strasząc mnie, że coś mi pełza po ręce czy nodze. (Przynajmniej mnie dotknął hehe). W Mediolanie bardzo drogie jedzenie, do obejrzenia tylko właściwie Duomo, bo na drugi stadion już nie miałam siły. Temperatura ok. 15 stopni, nie padało, ale naprawdę byle spacer zwalał mnie z nóg. Czułam, że jestem już wykończona zwiedzaniem.

W ciągu prawie trzech dni obeszliśmy Mediolan mniej czy bardziej dokładnie, spróbowaliśmy lazanii, włoskich ciastek, Bożena zrobiła nam risotto zakrapiane włoskim winem. Poznała mnie również ze swoim młodym egipskim sąsiadem Mohamedem, z którym porozmawiałam po arabsku, a że nie znał angielskiego, a ja włoskiego, musiałam radzić sobie samodzielnie i o dziwo się całkiem-całkiem dogadaliśmy.
Osłodził mi nieco tęsknotę za Godsonem 🙂

Drugiego dnia wieczorem Bożena zapytała czy idziemy z nią na imprezę, rosyjski wieczór noworoczny, bo oni obchodzą nowy rok później. Oczywiście się zgodziliśmy. Już sobie wyobraziłam to morze ruskiej wódki, szczerych prostych rosjan i tańce do rana… Okazało się, że impreza była w pubie, o nowym roku wiedział tylko jeden rosjanin, który zaprosił z 7 osób i oświadczył im, że jeden drink kosztuje tu 10 euro, piwo 6 a woda 4, bo to dobry lokal… Po godzinie wyszliśmy. Nie miało to najmniejszego sensu.

Bardzo polubiłam Bożenę, sam Mediolan średnio, ale może jeszcze kiedyś ją odwiedzę. Mieszka w miejscu, gdzie bardzo dużo arabów wynajmuje mieszkania, sama ich lubi… Planuje otworzyć Bed&breakfast w Egipcie i już mnie tam zaprosiła, chciałabym utrzymać ten kontakt.

Z powrotem do Polski łączy się jedna z 3 historii, których nie zapomnę Zapałce. Kiedy zbliżaliśmy się do lądowania powiedziałam mu, że czuję się zestresowana, bo Polacy mają taki moim zdaniem obciachowy zwyczaj klaskania, kiedy samolot dotknie ziemi. Nie lubię tego, bo robią tak tylko Polacy (Bora później uświadomił mnie, że Turkowie też), i wszyscy w Europie się z nas z tego powodu śmieją. Z niepokojem więc wyczekiwałam krytycznego momentu. Wreszcie się stało…. i… nic. Cisza. Zaczerpnęłam głęboki oddech wdzięczności i wtedy Henrique klasnął. Raz, nie głośno, a jednak wystarczyło. W sekundę później cały samolot klaskał, on zwijał się ze śmiechu, a ja ze złości.

WROCŁAW

Tu nie będę się rozwodzić. Zobaczyliśmy starówkę, krasnoludki, podobały mi się miniaturki zabytków przed oryginałami, także i ja wiem, jak wyglądają. Spotkałam się ze starymi przyjaciółmi i tu nie zabrakło ni piwa, ni serdeczności, ni wódki…

Teraz ja chodzę do pracy, Zapałka siedzi sam w domu i się nudzi. Wspominał coś, że jak się da, to wyjedzie trochę wcześniej, może w piątek. Trochę mi przykro z tego powodu, ale jakoś go tam rozumiem. Trochę zwiedza sam, ale my wracamy do domu późno i trudno zorganizować jakąś dłuższą wycieczkę. Zobaczymy jak to będzie.

PS Chyba odczuł, że było mi przykro i został do niedzieli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *