Czekoladowa wyprawa do Belgii

Wyruszałam z bijącym sercem, bo i z sercem związana była ta wycieczka. Miałam albowiem na żywo zobaczyć człowieka, z którym od kilku tygodni spędzałam każdą wolną chwilę na skype. (Poznaliśmy się w playroomie)
Najpierw pociąg do Warszawy, gdzie spotkałyśmy się z moją mamą i Marcinem na uroczym warszawskim dworcu, potem na lotnisko i wreszcie do samolotu. Wszystko bez przeszkód.

Ciekawie zaczęło się robić dopiero wtedy, kiedy naprawdę poważnie zdenerwowana pojawiłam się w hali przylotów na belgijskiej ziemi. To, że nikt nie czekał zaraz przy wyjściu jeszcze nie wzbudziło naszych podejrzeń. Kiedy tłum się znacznie przerzedził i nadal nie było 3 osób, których się spodziewałyśmy, zaczęłam się lekko niepokoić. Po 6 rajdzie dookoła lotniska byłyśmy pewne, że nikt po nas nie wyszedł. Mój telefon nie chciał działać, na szczęście telefon Sylwii nie zawiódł. Zapytałam Rolanda gdzie są i usłyszałam, że nas szukają. Rozłączyłam się więc i czekałam dalej. Minęło kolejnych 20 minut i nadal stałyśmy na środku lotniska, a moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Postanowiłyśmy zadzwonić ponownie. Tym razem Sylwia przejęła inicjatywę:
„Where are you?, well, we are standing beside Paul bar… yes. What?! Not this airport? Ah, ok. In 30 minutes? Ok. sure”.
No i wyjaśniła się tajemnica. Ani oni ani my nie wiedzieliśmy, że w Brukseli są dwa lotniska i że zjawiliśmy się na dwóch różnych.
Z 30 minut, które miałyśmy poczekać zrobiło się 90 i wreszcie, głodna, zmęczona, zniechęcona i zła spotkałam swoją internetową miłość.
Przytulił mnie na powitanie i wyczułam, że cały drży, wzruszyło mnie to, bo wiedziałam, że to ze zdenerwowania.
Zapakowaliśmy się do auta, ja usiadłam obok Rolanda, który mnie objął i choć przeszkadzały nam pasy bezpieczeństwa, podróż upłynęła bardzo sympatycznie.

Marlen, kierowca auta, którym nas odebrano, zaprosiła nas na póóóóóźny obiad. Kiedy zaczynaliśmy jeść, była pierwsza w nocy. Najpierw zupa, potem wegetariańskie spagethi z myślą o Sylwii. Na deser pierwsze belgijskie czekoladki, które stały się moimi ulubionymi – „sea fruits” w kształtach muszelek, rozgwiazd, koników morskich, ostryg i temu podobnych.
Cały obiad zakończony kieliszkiem dobrego wina. Gdyby nie to, że wybiła druga, nikt nie myślałby nawet o spaniu.
Prawa natury dawały jednak znać o sobie i kilkanaście minut później zawitałyśmy w gościnnych progach Rolanda i kolegi, z którym wynajmuje mieszkanie – Yousriego.

2-poziomowe, przestronne lokum, z nieco stromymi schodami, wygodnym prysznicem i wielką kuchnią. U góry pokoje chłopaków, na dole livingroom toaleta, łazienka i kuchnia.
W piątek mieliśmy wybrać się do Brukseli, ale ze względu na późną porę spoczynku, przesunęliśmy wyjazd na sobotę.

Kolejny dzień upłynął nam na zwiedzaniu Lier. Czterdziesto tysięczne miasteczko położone blisko Antwerpen, założone pod koniec ósmego wieku.
Lier jest znane z piwa „Caves”, „St. Gummarus” i ciastka „Lierse vlaaikes”. Tego ostatniego specjału próbowałam osobiście, hm… dla mnie w smaku przypomina zakalcowatego biszkopta.
Najsławniejszym zabytkiem miasta jest Zimmertower – zegarowa wieża, w której niestety już brakuje kilku zegarów, i stary, gotycki kościół.
Wstąpiliśmy też do baru „Latino” na gorącą czekoladę – co ciekawe w Belgii często dostaje się gorące mleko i kruszoną czekoladę w kubeczku i robi się ten napój samodzielnie – a ja zamówiłam coś w rodzaju frytek z meksykańskim sosem.
„Zaliczyliśmy” również plac zabaw, gdzie pierwszy raz w życiu widziałam huśtawkę w formie koła o średnicy 2 M, na której położyłam się razem z Rolandem. Buziaki połączone z silnym bujaniem zapewnionym nam przez Yousriego, dostarczyło mi niezapomnianych wrażeń.
Na obiad dostałyśmy niespodziankę, czyli bardzo długo planowaną i przygotowywaną przez chłopaków wegetariańską lazagne, która bardzo mi smakowała.

W sobotę miałyśmy przyjemność usłyszeć śpiewającego Yousriego. Miał egzamin w ramach szkoły muzycznej, każdy mógł przyjść. Zaśpiewał „Say you, say me” i wypadło to bardzo dobrze.
Zaraz potem odbyłyśmy zaplanowaną wycieczkę do Brukseli. Nie udała się ona jednak zbytnio. Nikt nie wiedział, gdzie dokładnie iść, i co zwiedzić. Sylwia nie miała cierpliwości dla wolniejszego zwiedzania, czego wymagała sytuacja (3 osoby niewidome i 2 widzące), a reszta denerwowała się, że trudno za nią nadążyć i że nie zwraca uwagi na innych, samej jej też w sumie nic się nie podobało.
Zaczęliśmy więc od vafelhouse, miejsca, gdzie spożywa się narodowy przysmak – gofry, z różnego typu dodatkami. Ja osobiście zamówiłam gofry z lodami, truskawkami i bitą śmietaną, dostałam do tego gorącą, gęstą i pysznie mleczną czekoladę w kubeczku, z którego też ją wypiłam, wprawiając biesiadników w lekką konsternację, gdyż służyła ona do polania gofra. Dla mnie dużo łatwiej i przyjemniej było ją wypić. Taki czekoladowy szot! 🙂
Sylwi gofry nie smakowały. Uważa, że w Hiszpani są lepsze.
Odwiedziliśmy jeszcze sikającego chłopca, katedrę, starówkę… wstąpiliśmy do muzycznego sklepu, gdzie Yousri nabył dwie harmonijki ustne i ponieważ organizacyjnie nie układało się najlepiej, humory chyba też wszystkim przestały dopisywać – wróciliśmy do Lier.
Tam, przy stacji kolejowej zaopatrzyliśmy się w smakołyki zakupione w belgijskiej smażalni, prócz frytek ze specjalnym sosem, coś w rodzaju bolońskiego, kupiliśmy hamburgery oraz spablo – duży krokiet ze spagetti w środku, smażony na głębokim tłuszczu. Sylwia wzięła jakieś serowe krokieciki, a Yousri coś z „fire” w nazwie, co było ponoć piekielnie ostre.

W niedzielę Sylwia i ja wybrałyśmy się do Antwerpen. Umówiłam się tam z Burry, bardzo sympatycznym kolegą, którego poznałam na szkoleniu mentorów w Turcji. Cieszyłam się, że ma czas i ochotę pokazać nam miasto.
Jak napisano w Wikipedii:
„Centrum przemysłowe, handlowe, finansowe i naukowe, m.in. uniwersytetu (w 2003 roku połączyły się trzy niezależne instytucje o randze uniwersyteckiej), Akademia Sztuk Pięknych, Konserwatorium Królewskie, Instytut Medycyny Tropikalnej, Akademia Morska. Siedziba 40 banków, wielu towarzystw ubezpieczeniowych, spółek akcyjnych, giełdy.”
Miasto uznane za europejską stolicę młodzieży roku 2011. Kolebka mody i smaku. Pełno w nim muzeów, w tym najnowocześniejsze na świecie muzeum „at stream”, którego całe ze szkła ściany układają się w morskie fale, a samo muzeum ma 10 pięter,z ostatniego zaś podziwiać można z tarasu widokowego panoramę Antwerp.
Mają tam też zabytkową stację kolejową, wielką katedrę i posąg giganta bez ręki. Symbolem miasta jest dłoń i należy ona właśnie do wspomnianego giganta, który zgodnie z legendą miał pilnować opłat na rzece. Pewien żeglarz jednakże nie zamierzał płacić i gdy wielki strażnik wyciągnął ramię po datek, przybysz odrąbał mu rękę. Nawet nazwa miasta w tłumaczeniu oznacza odrąbaną rękę.
Burry zaprosił nas na belgijskie piwo – ja wypiłam żurawinowego Krieka. Do tego frytki z majonezem, u nich to bardzo popularne, a mi przypomina dzieciństwo. Dowiedziałyśmy się wtedy, że w belgijskich pubach bardzo celebruje się picie piwa i każde z nich ma swoje odpowiednie kufle i zawsze dany rodzaj podaje się w takim, a nie innym szkle. (Można by to nazwać udogodnieniem dla niewidomych :)). Zjadłyśmy potem na deser tamtejsze gofry, które bardziej przypominały polskie, tyle że zrobione jakby z „toporniejszego” ciasta, gdzie cukier chrupał prawie między zębami i te smakowały Sylwii bardziej.
Po powrocie do domu zrobiliśmy wspólnie tradycyjny w Belgii deser dla dzieci, czyli super zmiksowana sałatka owocowa z pokruszonymi, a potem rozpuszczonymi herbatnikami w środku, a następnie Sylwia i Yousri przygotowali obiad.
Przy tej okazji spróbowałam też tradycyjnych ciastek Spekulos. Bardzo słodkie, dla mnie wręcz mdłe. Oni się tym podobno zajadają – mnie nie smakowały.

Ostatni dzień, to tak naprawdę zakupy – zapas belgijskich czekoladek – pakowanie się i dojazd na lotnisko w Eindhoven w Holandii, bo stamtąd wracałyśmy, co w rezultacie zajęło nam dużo mniej czasu.

Teraz czekam na wizytę chłopaków, mają tu być 6 marca… Mam nadzieję, że wszystko przebiegnie zgodnie z planem, i że plan, który do końca jeszcze nie powstał się powiedzie.

2 myśli nt. „Czekoladowa wyprawa do Belgii

  1. Świetna recenzja z podróży. Z tym lotnikiem to faktycznie nieszczęśliwa sprawa. Cieszę się, że wyprawa była udana. Zapraszam następnym razem do Dublina 🙂

  2. heeja monika, mnie na tym najbardziej rozbawil i zarazem pociesil i zrobil radosc text o trescy:
    „Zaliczyliśmy” również plac zabaw, gdzie pierwszy raz w życiu widziałam huśtawkę w formie koła o średnicy 2 M, na której położyłam się razem z Rolandem. Buziaki połączone z silnym bujaniem zapewnionym nam przez Yousriego, dostarczyło mi niezapomnianych wrażeń.

    trzymaj sie i dalej pisz bo ta twoja stronka mi sie bardzo podoba.

    adela, ze slowacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *