I znowu Szkocja – tym razem na dwa fronty

I znowu Szkocja – tym razem na dwa fronty

Relacja ta opowie szczegółowo o naszej wycieczce do Szkocji, m.in. o nauce jazdy samochodem, marsach smażonych na głębokim tłuszczu i przykrej przygodzie na lotnisku, kiedy to nie pozwolono nam odlecieć samolotem, na który mieliśmy wykupione ważne bilety.

Co mnie tam tym razem sprowadziło? Tęsknota za przyjaciółmi? Fish and chips? Potrzeba odbycia kolejnej podróży? Interesy? Tak. Wszystko to po trochę, a dodatkowo Roland nigdy tam nie był, a chciał pojechać. Mając przyjaciół zarówno w Edynburgu, jak i Inverness, trudno było się oprzeć takiej pokusie. Bilety kupiliśmy praktycznie na tydzień przed. Nie dało się zaznaczyć specjalnej asysty, nie byliśmy pewni, czy to błąd systemu czy też co innego, ale nie pierwszy raz leciałam bez tej opcji. Zgłaszałam na godzinę przed odlotem i wysyłali kogoś po mnie. Czasem bowiem jakoś się nie zaznaczyło, czasem ktoś, kto kupował bilet zapomniał. Na lotnisku w Challerloi powiedziano nam, że z asystą będzie problem, bo można zamówić 4 z nich, a jeśli nie mogliśmy zaznaczyć, to oznacza, że wszyscy zostali już zarezerwowani. Pani z okienka wyszła jednak do nas, siedzących na krzesełkach i powiedziała, żebyśmy się nie martwili, zapyta kogoś z pasażerów, może przeprowadzi nas przez bramkę, a potem któryś z asystentów zabierze nas ze sobą. Tak też się stało. Wszystko przebiegło sprawnie i w przyjemnej atmosferze. Byliśmy bardzo wdzięczni za tak życzliwe podejście obsługi lotniska.
W Edynburgu czekał na nas Moniak – przyjaciółka jeszcze z lat szkolnych – i Mariusz. Po przyjeździe do domu zjedliśmy pyszne kotlety jajeczne z buraczkami i zaznajamialiśmy się z mieszkaniem. Wspomniałam o tym, że do Szkocji sprowadził mnie nie tylko sentyment, ale i biznes. Chodziło bowiem o mojego Iphone-a. Długa historia w skrócie wygląda tak: zakupiony na grouponie, bo o 80 euro taniej i bo 2 lata gwarancji, a nie rok, jak daje Apple. Po miesiącu nagle przestaje widzieć sieć internetową i bloutooth nieaktywny. Miliard telefonów, maili… okazuje się, że ofertę wystawiła jakaś firma „krzak” ze Szwajcarii, a w sklepie Apple gwarancja nieważna, bo telefon został zakupiony w Ameryce i tylko tam, i tylko osobiście można go naprawić. I tutaj Moniak informuje mnie, że niedaleko od nich jest sobie taki pan-złota rączka, Polak zresztą i że go już pytali i że on naprawi.

Kolejny dzień był więc dla mnie ważny. Z bijącym sercem czekałam na wizytę u Pana Piotrusia. Odbyliśmy więc ją zaraz po tym, jak udaliśmy się na prawdziwe angielskie śniadanie, z kawą, sokiem, kiełbaskami, jajkiem, fasolką, czarnym pudingiem i hushem-rodzaj placków ziemniaczanych. Kiedy specjalista pochylał się nad moim sprzętem z troską i uwagą, my podziwialiśmy maszyny samoobsługowe w tamtejszych marketach. Poraz kolejny usłyszałam historie o tym, jak to w Szkocji nawet w zimie ludzie chodzą w sandałach i krótkich rękawkach. Monika opowiedziała nam nawet, że blisko Tesco mieszka taki młody pan, który chodzi tylko w spodenkach krótkich, a w zimie zakłada rozpinany, skórzany bezrękawnik. Ponoć na tamtejszych ulicach nic nikogo nie jest w stanie zadziwić. Po powrocie do maleńkiego sklepiku okazało się, że telefon działa. Pan Piotruś wziął od nas po prostu symboliczną kwotę za naprawę zaznaczając mimochodem, że normalnie wziąłby za coś takiego 50 funtów. Nie mogłam się wprost doczekać kiedy dojdziemy do domu i będę mogła sprawdzić i przekonać się osobiście, że działa. Ku mojemu rozczarowaniu, kiedy już dotarliśmy do domu, Iphone wrócił do stanu poprzedniego. Zaniosłam go ponownie do Pana Piotra pytając czy jest jeszcze jakaś nadzieja. Powiedział, żebym zostawiła go na weekend, a on spróbuje coś wymyślić. Tego dnia wpadli do nas jeszcze inni znajomi, których znałam przez internet, a teraz miałam okazję poznać osobiście i wieczór upłynął nam bardzo sympatycznie przy coli z whisky i grze w uno.

Piątek, to wybrany przez nas dzień na przyjazd do Kasi – w góry, do potwora z Lochness. (tj. nie to, żebym obrażała Kasię, po prostu on mieszka w tamtejszej okolicy) Już po tym jak po 3-godzinnej przejażdce wysiedliśmy z autobusu Kasia zabrała nas na dłuuuugi spacer, podczas którego mieliśmy okazję przejść się conajmniej czterema z licznych mostów Invernes, zabrała nas na pobliskie wyspy, o których w pierwszym rzędzie usłyszeliśmy, że to doskonałe miejsce na picie jaboli i sekretne spotkania kochanków wieczorami. Nadaje się ponoć równie doskonale na zbrodnie, bo nie zapuszcza się tam nawet policja. Odwiedziliśmy zamek, a wracając z niego Kasia postanowiła wymyślić doskonały skrót. Szkoda, że gdyby wszystko poszło po jej myśli skróciłby nam również życie. Okrutnie stroma skarpa, a na końcu delikatny próg i 2 metry w dół, prosto pod pędzące ulicą samochody. Nie zdecydowaliśmy się jednak na ten punkt programu i zmusiliśmy naszą przewodniczkę, by odnalazła normalne schody. Po maratonie kawa w Irlandzkim pubie 😛

Sobota, to wizyta nad morzem, górskie widoki dla tych, co widzieli, a należała do nich i Kasia i nasz wspólny już znajomy John, który nam towarzyszył. Niestety nie pomnę nazwy miejscowości, ale zdaniem Kasi słynie ona z doskonałej zupy rybnej. Była pyszna, więc może ktoś słyszał… Na deser zjadłam coś, co nazywało się „Pavlova”, a co moim zdaniem było pokruszoną bezą w bitej śmietanie z dużą ilością malin na wierzchu. Bardzo, bardzo dobre. Po powrocie udaliśmy się do kawiarni, w której pracowała znajoma Kasia na wieczorek poezji, gdzie młodzi i nieco starsi twórcy prezentowali swoją twórczość. Oczywiście po angielsku. Stamtąd udaliśmy się do prawdziwego angielskiego pubu z muzyką na żywo i Guinesem. Zasypialiśmy szybko i głęboko, jak małe dzieci, i jak one mieliśmy obiecaną wielką atrakcję następnego dnia rano. Otóż Kasia zapytała swojego, kolejnego, z licznych znajomych czy nie zechciałby nam udzielić lekcji, ponieważ jest instruktorem jazdy. Zgodził się i Kasia wykupiła każdemu z nas – mi i Rolandowi – pół godziny jazdy po mieście. Jak obiecała, tak też się stało. Roland pojechał pierwszy, a ja tuż potem. Bardzo ciekawe przeżycie. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć i to empirycznie, jak zapala się samochód, jak dodaje gazu, a jak zmienia biegi. Poczułam ile trzeba nakręcić się kierownicą, by wykonać prawdziwy zakręt. Mariusz zabrał nas najpierw na jakiś parking marketu, gdzie się wprawialiśmy, a potem na prawdziwe rondo i przejażdzkę ulicami. Oczywiście sam siedząc obok czuwał nad pedałami i hamulcem… w razie czego. Wszystko jednak odbyło się wzorowo. Powiedział, że dla niego również było to bardzo ciekawe i pouczające doświadczenie. Stwierdził, że najtrudniejsze dla niego okazało się przestawienie się z pokazywania rękoma np. skrętu w prawo lub lewo i przekładanie wszystkich gestów na słowa. Poradził sobie jednak świetnie. W niedzielę również ja dostałam to, czego ciągle tak usilnie chciałam, czyli wizytę w Chińczyku, gdzie płaci się raz,a je się ile się zmieści. Byłam po prostu wniebowzięta! Najbardziej smakował mi kurczak cytrynowy!
Polecam również zjedzony dzień wcześniej szkocki tablet, który zamówiłam w kawiarni. Przypomina on w smaku nasze kruche krówki, bardzo słodki, ale ciekawy, bo w formie większego kwadratu, który kładzie się na tależyku i je łyżeczką.

Poniedziałek, to dzień powrotu do Edynburga. Znowu czekali na nas nasi przyjaciele, którzy zabrali nas na fish and chips. Jak zwykle bardzo mi smakowały grubaśne fryty podane z mielonym groszkiem zielonym i wielką rybą w panierce. Tu w Belgii nigdzie nie spotkałam ryby w innej formie, niż na parze lub gotowanej, a tęsknię za chrupiącą skórką. Nie mogliśmy też doczekać się hitu, o którym wspomniał nam Mariusz, a mianowicie marsa smażonego na głębokim tłuszczu. Dostaliśmy go na deser. Bardzo dziwna rzecz. Smażony mars nabiera takiej jakby skórki na zewnątrz, a po jego nacięciu łyżeczką, tryska rozpuszczonym, gorącym i słodkim jak sam miód karmelem. Owszem, nie da się tego zjeść dużo, ale warto spróbować! Mój telefon działał znowu! (trwało to jednak tylko kilka dni, ale to już zupełnie inna historia)

Czas upływał bardzo szybko. Niepostrzeżenie nastał czwartek i godzina odlotu. Wzbogaceni o kilka drobiazgów ze sklepów „wszystko za jeden funt”, które tak lubie i kilka słodyczowych przysmaków, oraz pół-biały, pół-topiony ser z żurawiną wyruszyliśmy na lotnisko. Kiedy podeszliśmy do okienka, pani wstukała nasze nazwisko do systemu i oświadczyła, że nie może nic dla nas zrobić, gdyż jak widzi, nie zarezerwowaliśmy asysty. Wytłumaczyliśmy jej, że nie mogliśmy tego zrobić, bo nie pozwolił nam na to system, a ona na to, już odwracając się od nas, że w takim razie jej przykro. Potem to już zaczął się istny koszmar. Biegaliśmy od okienka do okienka prosząc, by ktoś się nami zainteresował. Niestety jedyne, co słyszeliśmy, to że „ja nie mogę państwu pomóc, proszę pójś tu i tu”. Czas naglił, sami więc wybraliśmy się do punktu kontroli, a pani na to, że nie pozwoli nam wejść. Mieliśmy ważne bilety, ale jak usłyszeliśmy, ze względu na nasze bezpieczeństwo nikt nie pozwoli nam samodzielnie przejść do bramki, gdzie odprawia się pasażerów na lot. Zapytaliśmy czy w takim wypadku możemy poprosić kogoś z pasażerów, przecież w Belgii sama pani z okienka tak zrobiła, a oni na to, że absolutnie nie, w żadnym wypadku. Nie będą obarczali nikogo z podróżujących odpowiedzialnością. Zaczęłam się bardzo denerwować. Musieliśmy polecieć do Belgii. Mieliśmy tam rzeczy do przepakowania do Polski na Wielkanoc, ja zostawiłam swój polski telefon, Roland miał umówione spotkanie, a w poniedziałek byliśmy umówieni ze znajomymi na wspólną podróż samochodem do Polski. Jednakże żadne nasze prośby, błagania ani łzy Moniki, która nie mogła pogodzić się z tym, że nie widziała tam nic poza procedurami, przepisami i regulacjami nic nie pomogły. Ktoś powiedział nam, że mógłby przeprowadzić nas ktoś ze stacjonującej tam policji, ale musiano by ich o to poprosić, zwróciliśmy się więc do pań w okienku, one jednak nie wykonały najmniejszego wysiłku, by się tym choćby zainteresować. Jedyne, co słyszeliśmy to” „rules, safety, health”. Wyglądało na to, że dużo bezpieczniej dla nas, dwojga niewidomych jest zostać samotnie, na nieznanym lotnisku, w nieznanym kraju, być może bez pieniędzy i noclegu, niż skorzystać z odruchu zwykłej życzliwości i wrócić do siebie.

Czułam się absolutnie ubezwłasnowolniona. Uważam, że powinno mi się dać prawo wyboru, że jestem dorosła i powinnam móc decydować np. czy poproszę o asystę czy nie. Czy zapytam kogoś z pasażerów o pomoc czy nie. Czy zdecyduję się przejść z białą laską kilka kroków słysząc pasażerów przede mną. Tam zabroniono mi wszystkich tych rzeczy. Gdybym miała jakieś ważne dla mojego życia spotkanie, rozmowę kwalifikacyjną, konferencję, na której miałabym wystąpić lub inne wydarzenie, a system pokazałby mi, że nie ma wolnych asystentów, to czy dlatego właśnie miałabym zrezygnować z mojej kariery?/życiowego spotkania? Nie zawsze bowiem da się kupić bilet na inny termin, nie zawsze termin zaczeka.

Ktoś, komu opowiedziałam tę historię zarzucił mi, że jestem roszczeniowa. Jeśli nie dotrzymałam regulaminu i nie zaznaczyłam potrzebnej opcji, powinnam ponieść konsekwencje i siedzieć cicho. Ja jednak się z tym nie zgadzam. Jak wspomniałam chcę mieć wybór i możliwość poradzenia sobie z sytuacją braku asysty. Uważam również – a ja tam byłam i wiem dokładnie jak to wyglądało – że tak, jak na lotnisku w Challerloi wystarczyło być człowiekiem, żeby nie pozwolić nam zostać na lotnisku z ważnym biletem w ręce. Czułam się upokorzona i dyskryminowana i to paradoksalnie w imię mojego dobra. Chyba najbardziej w tym wszystkim rozwścieczyło mnie przedstawienie, jakie – jestem pewna po konsultacji z kolegami, co zrobić z trudnym klientem -dał nam pan w okienku obsługi pasażerów Ryanera. Powiedział, że jeden z asystentów zgodził się po nas wrócić, że poinformuje załogę samolotu, by na nas poczekano, bo do odlotu było już tylko 15 minut, nawet przy nas podniósł słuchawkę i powiedział, że za moment dojdziemy do reszty pasażerów. Stanęliśmy więc z bijącymi sercami obok,nic już nie mówiąc te ostatnie 15 minut, czyli akurat tyle, by samolot odleciał. Zapewnili więc sobie odrobinę wolnego czasu, wolnego od naszych próśb i prób wytłumaczenia, że naprawdę bardzo nam na tym locie zależy.

Kolejny samolot do Belgii odlatywał w poniedziałek, po tym, jak nasi znajomi wyruszą w trasę do Polski. Wykupiliśmy więc jedyny możliwy lot do Krakowa za ogromną kwotę, na dobę przed odlotem. I tym razem zaznaczyliśmy asystenta osoby niepełnosprawnej, nie mogę jednak powiedzieć, byśmy czuli się szczęśliwi w dniu wylotu. Z trzema zmianami ubrania, dużym długiem na karcie kredytowej, poczuciem, że nadużyliśmy gościny i smutną refleksją, że jednak dla wielu osób przepisy i zasady ważniejsze są od zwykłegowyciągnięcia ręki do drugiego człowieka.

Jedna myśl nt. „I znowu Szkocja – tym razem na dwa fronty

  1. Szkoda, że tak wyszło na lotnisku. Z jednej strony spotykamy się z ogromną życzliwością wyspiarzy, a z drugiej widzimy ich regulaminowy styl bycia…
    Z drugiej strony, to chyba takie doświadczenia też są potrzebne…bez tego nasze życie byłoby nudne…pozdrawiam z Irlandii Północnej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *