Kair – czyli spełnione marzenie

To była wyjątkowa wyprawa pod wieloma względami. Postanowiłam lecieć
sama, miałam spędzić 12 dni w jednym mieście, moje zakwaterowanie było
dosyć wątpliwe, kto zna lub słyszał o Juzrze… zrozumie.
Poznałam ją tutaj i mogłam śmiało przypuszczać, że albo się rozmyśli,
albo zwyczajnie utknę gdzieś pod piramidami i głównym zajęciem dnia
będzie leżenie i rozważanie, jaka szkoda, że właśnie upływa mi czas.
Czas, który miał być przeznaczony na poznanie Kairu – miasta, które
pokochałam jeszcze zanim się w nim pojawiłam.
Miałam również spotkać się z Ahmedem.
Jako zapobiegawcza i wiecznie głodna nowych wrażeń osoba, postanowiłam
trochę zmodyfikować plany i pierwsze 4 noce spędzić na couchsurfingu.
Wiem już przecież, jakie korzyści z tego płyną. Możesz poznać żywych
ludzi, z egipskiej krwi i kości, będąc jednocześnie w samym kairze, a
nie 2 godziny od, jak w przypadku mieszkania Yosry.

I tak padło na Mohameda. Pozostawała do rozwiązania również kwestia
tego, kto odbierze mnie z lotniska – Yosra była zajęta, pracowała.
Ostatecznie umówiłam się z kolegą ze skąpe, z którym pisałam i
rozmawiałam ponad rok. Przyjechał specjalnie z oddalonego o 7 godzin
pociągiem miasta Luksor.

Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Nie mogłam uwierzyć, że tam
jestem. Cały pierwszy dzień usiłowałam się przekonać, że to prawda!
Mieszkanie Mohammeda okazało się bardzo miłe. Mieszka z chłopakiem z
Hiszpanii i dziewczyną z jakiegoś hiszpańskojęzycznego kraju. Miałam
właściwie jego pokój do swojej dyspozycji, on był wiecznie nieobecny, a
jak był, to prawie nieobecny, bo odsypiał noce na balkonie. Generalnie
Mohammed okazał się zaiste otwartym Egipcjaninem, co najmniej dwa razy
dziennie palił hasz, miał półki całe zastawione alkoholem… Mogłam się
jednak tego w jakimś sensie spodziewać, na couchsurfingowej stronie, w
swoim profilu napisał o tym, że przez rok mieszkał w Belgii.

Nie będę opisywać dnia po dniu, napiszę tylko o tym, co mnie tam
zaciekawiło, co przykuło moją uwagę, co godne jest zapamiętania.
Ogólnie jednak mówiąc, Kair mnie zachwycił, uszczęśliwił i sprawił, że
poczułam się naprawdę u siebie.
I nic mnie nie obchodzi ile w tym autosugestii, ile dobrej woli, a ile
rzeczywistego dopasowania. Nie przeszkadzał mi ani hałas, który wręcz
przeciwnie, dla mnie oznaczał życie i ruch, dynamikę i pasję, ani
pogoda, która gwarantowała mi bardzo miłe samopoczucie szczególnie
wieczorami, ani brud, o którym tyle się słyszy. Może dlatego, że tego
nie widziałam.

Ceny

Ceny w Kairze są niższe niż w Polsce i duuużo niższe niż w Hurghadzie
czy Sharm. Najbardziej zachwyciły mnie sumy, które wydawałam na
taksówki, telefony i jedzenie. Za 25 funtów, czyli nasze 13 zł. mogłam
rozmawiać ok. 90 minut z egipskimi numerami oczywiście.
Za 30 kilometrową wycieczkę taksówką, w maksymalnych korkach, gdzie
czas przejazdu wyniósł ponad półtorej godziny, zapłaciłam 30 funtów,
czyli 15 zł.,
Za kanapkę z kotletem z fasoli – odpowiednik falafela – zapłaciłam w
jednej z przydrożnych kafejek, zwanych Godami, półtora funta, czyli 70
gr.
Generalnie wszystko jest tańsze, bo i dużo niższe są zarobki.
Przeciętna pensja Egipcjanina, to 1000 funtów, czyli 500 zł. na nasze.

Jedzenie.

To jeden z moich ulubionych tematów.
Większość potraw bogato przyprawiana jest czosnkiem, kminkiem,
koperkiem lub miętą.
Co ja tam jadłam? Mój numer 1, to taameja, czyli wspomniany przeze mnie
kotlet z mielonej fasoli, wysmażony i podawany w egipskim chlebku, z
warzywami i sosem. Ponadto smakuje mi również bardzo popularny tam ful,
czyli pasta z mielonego bobu zmieszanego z przyprawami, kofta, mielone
mięso zbite w kulki i przypiekane na grillu. Jednym z najciekawszych dań
jest moim zdaniem koszeri. Makaron zmieszany z ryżem, soczewicą i
ziemniakami, z dodatkiem smażonej cebuli, a wszystko to polane
pomidorowym sosem. Dziwne, ale smaczne, a przede wszystkim niesamowicie
sycące. Kolega Egipcjanin powiedział mi, że oni jedzą to głównie zimą,
bo na lato jest za ciężkie.
Próbowałam również kebabu i shaermy, ale nie przypadły mi zbytnio do
gustu. Kebab z wołowiny jest dla mnie zbyt żylasty i tłusty, shaerma
doprawiana jest czymś dziwnym, czego nie zidentyfikowałam, ale co jest
jakieś kwaśno gorzkie, jakby do mięsa dodawano cytrynę albo ocet.
Próbowałam również dania, o którym dużo słyszałam – moloheji.
Moloheja to krzaczek z zielonymi owocami. Nie ma ona żadnego
odpowiednika w naszej kuchni, wiele osób porównuje ją do naszego
szpinaku. Egipcjanie przyrządzają z tego rodzaj zielonej zupy, w
konsystencji przypomina krem z niezbyt dokładnie zmieloną zawartością.
Ponownie jadłam również mahszy – cytując jedną ze stron internetowych:
„Mahszi jest to coś w rodzaju naszych gołąbków, czyli odpowiednio
przyrządzony ryż z mięsem wołowym, cebulą, pietruszką i ziołami,
zawinięty w liście winogron (mahszi kromb) lub kapusty (mahszi kromb) i
nadziewany we wcześniej wydrążoną cukinię (mahszi kusa), pomidora
(mahszi tomatom) czy bakłażana (mahszi bitengen), a później zapiekany.
Mashi jest smaczne i zdrowe, ale traci smak po wystygnięciu i dlatego
powinno się je jeść od razu po zrobieniu.”
Mnie osobiście nie przypominało w smaku gołąbków, dużo więcej było tam
ryżu niż mięsa, mimo że jadłam to w wykonaniu 2 różnych kobiet.
Smakowało mi jednak, najbardziej to w których wypełnia się papryki.
Jadłam również Haloshi, coś na kształt mielonych kotletów, ale inne
przyprawy nadają temu zupełnie inny smak. Co mnie zaciekawiło, to fakt,
że do kanapek czy z taameją czy fulem, częstym dodatkiem są frytki.
Ahmed kupił mi na przykład kanapkę z frytkami i majonezem oraz kanapkę
z frytkami i keczupem… tak dla odmiany 🙂 Spotkałam się również z
dodawaniem chipsów do środka kanapki, inny kolega kupił mi sharmę w
bagietce, (przez to, że bagietka okazała się być miękką i słodkawą
bułką również nie smakowała mi shaerma), a do tego koniecznie musiałam
chcieć paczkę chipsów.
Dużo słyszałam o ulicznych sokach. Musiałam więc spróbować np. asir
asab – sok z czcimy cukrowej.
Świeży sok z trzciny jest mętnawy, w kolorze szaro-zielonkawym, z
delikatną pianką. Mimo że słodki, świetnie orzeźwia i gasi pragnienie.
Słodki, to chyba jednak za mało powiedziane. Tam wszystko, co ma
dodatek cukru jest baaardzo słodkie! Jogurty jednak na przykład nie
zawierają cukru wcale. Smakują jak bardzo dobrze ścięte zsiadłe mleko.
Piłam również sobię, napój kokosowy, oraz arysus, sok, którym
poczęstował mnie Ahmed, ostrzegając, że nie każdy to lubi. Po upiciu
łyka z jego kubka zrozumiałam dlaczego. Była to jedna z najgorszych
rzeczy, jakie zdarzyło mi się w życiu spróbować. W smaku przypominało
wapno zmieszane z kredą rozpuszczone w wodzie z dodatkiem chilly.
W tamtejszych restauracjach można poprosić o świeżo wyciskany sok z
mango, limonek czy gławy. Korzystałam z tego ile mogłam. Są pyszne,
szczególnie z mango.

Fajnie o jedzeniu w Egipcie piszą na tej stronie, którą już
zacytowałam:
http://egipt-online.pl/kuchnia/egipt-kuchnia.php

Co mi się tam jeszcze bardzo spodobało, to możliwość wnoszenia do każdego lokalu swojego jedzenia. Kiedy opowiedziałam jednemu z kolegów, że w Polsce to niemożliwe, że natychmiast by go wyproszono, opowiedział mi, jak pewnego dnia, postanowili z koleżanką zjeść coś w najbliższej kawiarni, bo wybrali się na wycieczkę i mieli prowiant ze sobą. Kiedy kelner ujrzał, jak wyładowują wiktuały na stół, zniknął na chwilę, poczym pojawił się z dwoma butelkami wody i wręczył je im za darmo, by mieli czym popić.

Pogoda

Owszem, jest gorąco. Ale tamto gorąco jest inne niż nasze. Tam, czujesz
się jak w saunie. Duża wilgotność w powietrzu, dodatkowo stale wiejący
niezbyt mocny, ale odświeżający wiatr sprawiają, że upał dużo łatwiej
znieść, niż tutaj w Polsce. Ponadto oni są na to wszystko bardzo
przygotowani. W każdej kawiarni, sklepie, biurze, mieszkaniu
zainstalowana jest klimatyzacja, w najgorszym wypadku działa nastawiony
na full wiatrak. Wieczorami, kiedy słońce już tak nie grzeje, pogoda
jest wręcz fantastyczna, wymarzona na przebywanie na zewnątrz, co też
mieszkańcy Egiptu skrzętnie wykorzystują. Do tej pory nie mogę wyzbyć
się zdziwienia, gdy uświadamiam sobie, że tam zwykłe życie, łącznie z
otwartymi sklepami, punktami usługowymi a czasami i biurami, trwa sobie
spokojnie do pierwszej w nocy. Wiele osób nie kładzie się wcześniej,
niż o 3 rano.
Już podczas rozmów przez skąpe słyszałam niejednokrotnie głosy
bawiących się dzieci, dobiegające przez otwarte okno, podczas gdy na
zegarze wybijała pierwsza w nocy. Nie mogłam w to uwierzyć. Teraz
mogłam to zobaczyć prawie na własne oczy 🙂 Tam życie trwa i
intensywniej i dłużej. Dla mnie, osoby odżywającej wieczorną porą, to
istny raj. Nawet rano wstaje się znacznie łatwiej, gdy pogoda w pełnej
krasie, a upał nie sprzyja długiemu drzemaniu.

Ludzie.
Jedną z rzeczy, które naprawdę mnie urzekły, to ludzka życzliwość, chęć
pomocy i otwartość Egipcjan. Tyle się nasłuchałam o tym, jaka powinnam
tam być ostrożna, jacy arabowie są napaleni i żądni pieniędzy. Nic z
tych przewidywań się nie potwierdziło. Ani mnie nie napastowano, ani
nie wykorzystywano finansowo. Wręcz przeciwnie. Przez pierwsze 4 dni
nie wydałam ani funta. Każdy, z kim się umawiałam, a było tych ludzi
trochę – część ze skąpe, część z couchsurfingu – płacił za mnie
najdrobniejsze nawet kwoty. Począwszy od biletu za metro, poprzez
taksówkę czy picie, a skończywszy na posiłkach czy wstępach do muzeum.
Czułam się wręcz zażenowana ich hojnością, zdając sobie sprawę, że
zarabiają dużo mniej ode mnie.

Bardzo się cieszę, że pospisywałam sobie numery telefonów takiej liczby
osób. Dzięki temu miałam z kim się spotykać i dużo więcej dowiedziałam
się o prawdziwym Egipcie. Czułam się bardzo bezpiecznie. Nikt z
poznawanych przeze mnie ludzi nie robił żadnego problemu z faktu, że
nie widzę. Im to naprawdę nie przeszkadza, w co trudno uwierzyć po tym,
jak mieszkało się 30 lat w Europie. Czułam się tam w pełni akceptowana
i dbano o mnie doskonale.

Spotkałam w Kairze również osobę, którą polubiłam i to bardzo, bardzo
od pierwszej minuty naszego spotkania. Anita, która przyjechała do
Egiptu ze Szwajcarii, kiedyś była stewardesą, teraz postanowiła robić
rzeczy, które lubi – podróżować. Tak, jak ja, pokochała Egipt i
przyjechała z biletem w jedną stronę.
Od Yosry wyprowadziłam się na dwa dni przed moim planowanym odlotem, bo
była wiecznie zajęta i absolutnie nie zainteresowana tym, co się ze mną
dzieje. O moje potrzeby podstawowe dbała jej mama pytając czy coś chcę
do picia lub jedzenia, z tym że mama wcale nie mówiła po angielsku,
ratowałam się więc moim skromnym arabskim. Na ogół jednak jadałam poza
domem podczas „randek” z moimi nowymi znajomymi. Przysłowiowa kropla
przepełniająca kielich goryczy, to zdarzenie, które rozegrało się w
środowy wieczór. Rami – chłopak Anity, który oprowadził mnie po
piramidach i generalnie mną się zajął, sprawując wraz z Anitą opiekę
nade mną do samego końca, zaprosił mnie na całą środę do swojej
rodziny. Poznał mnie z siostrami bliźniaczkami, które obdarowały mnie
na pamiątkę biżuterią i starały się, jak mogły uprzyjemnić mi czas,
swoją mamą, która przygotowała dla nas pyszny obiad. Potem poszliśmy na
mecz do kafejki, bo Rami wiedział, że lubię Zamalek, a grali z Ahli, to
takie kairskie derby. Przez cały dzień Yosra nawet nie zadzwoniła
zapytać, jak się mam i co robię. Zrobiło się późno i postanowiłam
wracać taksówką. Rami nie chciał mnie puścić samej do póki nie
zadzwonię do Yosry i nie usłyszę, że zejdzie na dół, by mnie odebrać.
Uczyniłam, o co prosił, obiecała, że zejdzie. Po Kilku minutach
zadzwoniła, by mi powiedzieć, że chce jej się spać i po mnie nie
zejdzie. Taksówkarz nie mówił wcale po angielsku, mi padała bateria w
telefonie, nie mogliśmy znaleźć jej ulicy. Było nerwowo i
nieprzyjemnie. Kiedy opowiedziałam o tym Ramiemu i Anicie, stwierdzili,
że definitywnie zabierają mnie z jej domu. Anita zaproponowała, bym
zamieszkała w hotelu, który i ona wynajmowała. Tak też uczyniłam. (skąd
miałam wiedzieć, że np. w dniu mojego powrotu do Polski nie usłyszę, że
mnie nie odwiezie na lotnisko, bo chce jej się spać?) Hotel znajdował
się tuż przy placu Tahrir, czyli absolutnie w centrum. Oczywiście
jeszcze tego dnia udałam się, by przyłączyć się na moment do ciągle
odbywających się tam demonstracji.

2 dni w prezencie

Mój lot powrotny, który miał nastąpić w sobotnie popołudnie został
odwołany i przesunięty na jutro. Dostałam więc od losu w prezencie
jeszcze jeden dzień, kolejnego dnia sytuacja się powtórzyła i dostałam
dzień kolejny.
Opłacono mi hotel znajdujący się przy samym lotnisku. Oznaczało to, że
jeśli chcę wybrać się do Kairu muszę przeznaczyć na to ok. 30 funtów w
jedną stronę i ze 2 godziny czasu. Nie mogłam się jednak powstrzymać.
Wypaliłam jeszcze jedną shishę, spotkałam się z przyjacielem Yosry
kazemem, z którym miałam można powiedzieć 3-dniowy romans, bo
poznaliśmy się ku mojemu żalowi na 3 dni przed planowanym wyjazdem,
wzięłam udział w patriotycznym koncercie, gdzie śpiewano rewolucyjne
piosenki.
Ostatni wieczór spędziłam już w hotelu, a szkoda, bo było mi smutno.
Co jeszcze się wydarzyło podczas 12 dni spełniania mojego marzenia o
Kairze?
– 2 razy spotkałam się z Ahmedem, z czego pierwsze spotkanie
przypłaciłam 2 dniami maksymalnej depresji,
– spotkałam się z dwoma mężczyznami, których znałam od siedmiu lat
przez skype, w obu przypadkach spotkanie było bardzo miłe,
– poszłam z Kazemem na koncert reggae, gdzie wraz ze swym zespołem grał
Mohammed, mój pierwszy host, co było bardzo szpanerskie. Grali w hotelu
Intercontinental, gdzie spróbowałam egipskiego piwa Stella.
(Przypuszczam, że Egipskie piwo robią tam tylko na potrzeby
europejskich hoteli),
– spacerowałam z niewidomym Egipcjaninem z białą laską po kairskich
ulicach, po których nie da się spacerować nawet widząc – wielkie korki,
absolutny brak zasad poruszania się i mnóstwo ludzi (oczywiście od
miejsca do miejsca doprowadzały nas różne osoby),
– jechałam w specjalnie dla kobiet i tylko kobiet przeznaczonym wagonem
metra. (W każdym metrze pierwszy wagon jest dla tych kobiet, które nie
chcą jeździć z mężczyznami mogącymi wykorzystać sytuację do tego, by
się o nie poocierać)…

Mogłabym tak pisać i pisać. Relacja i tak jednak zrobiła się przydługa,
pozwolę więc sobie na tym zakończyć. Chętnie odpowiem na wszelkie
komentarze, pytania czy uwagi.

Jedna myśl nt. „Kair – czyli spełnione marzenie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *