Opowieści szkockiej treści

Generalnie wyjazd podsumowuję jako bardzo udany. Głównie pod względem towarzyskim, gdyż pod innymi udał się za poprzednim razem – w lutym.
Teraz, byłam tam razem z Darią, którą po raz pierwszy poznałam, gdy zgłosiła się do naszej Fundacji jako wolontariuszka, a po raz drugi właśnie w Szkocji. W między czasie, udało nam się polubić. Zaraz po przylocie do Edynburga, poszłyśmy (bardzo się cieszę, że udało się to znaleźć) do Chińskiego bufetu. Żałuję, że u nas nie ma czegoś takiego. Płacisz 8 funtów od osoby – zależy to od lokalu, my tyle płaciłyśmy – i jesz do absolutnego oporu. U Chińczyka głównie kurczak w stu odmianach. Naszym hitem jednakże okazał się pudding mango, podawany w malutkich metalowych miseczkach. Pochodziłyśmy jeszcze trochę po sklepach z pamiątkami – moją odwieczną pasją są sklepy typu: „wszystko za jednego funta” – porobiłyśmy kilka zdjęć. Tego dnia udało mi się, już tradycyjnie, zaktywizować szkocką ochronę, czyli uruchomić alarm w dworcowej toalecie ciągnąc nie za tę linkę, co trzeba. Dobrze, że miało to spowodować spuszczenie wody, byłam więc w miarę przyzwoicie ubrana, gdy wpadło dwóch mężczyzn pragnących mi pomóc. Na szczęście oni są bardzo wyrozumiali. Jak za poprzednim razem, (podczas lutowego pobytu) również w toalecie, nacisnęłam nieodpowiedni przycisk i zahamowałam awaryjnie pociąg, byłam pewna, że każą mi za to zapłacić i dostanę porządny ochrzan, ale Brytyjczycy są kulturalni, zapytali mnie jeszcze czy na pewno wszystko w porządku i z uśmiechniętym „no problem” odprowadzili mnie do mamy, która zastanawiała się właśnie, czemu stoimy w środku pola. Wieczorem dojechałyśmy do Invernes i spotkałyśmy naszą dobrodziejkę Kasię. Dni mijały szybko. Poznałam miłego kolegę Maćka, który przyjechał odwiedzić kolegę Kasi Łukasza… Trochę to skomplikowane, ale ogólnie, wszyscy razem spędziliśmy wiele śmiesznych i przepełnionych inteligentnymi gierkami słownymi chwil. Maciek naprawdę mi się spodobał, jest wrażliwy i ma poczucie humoru, niestety, nie dla mnie kiełbasa, za miesiąc – teraz już mniej niż miesiąc – idzie do zakonu i prawdopodobnie zostanie tam na wieki. Tak by przynajmniej chciał. Ogólnie Kasia obraca się w takich właśnie kręgach. Łukasz i Emet, z którymi spędza dużo czasu planują lada moment udać się do seminarium, w jej domu co wieczór zbierają się ludzie na modlitwę, dużo rozmawia się o religii. Ale Kasia potrafi również doskonale towarzyszyć mi w ciuchowych polowaniach, jako ostatnia odchodząc od półek, choć wcześniej zarzekała się, że nie znosi robić zakupów. Jest artystką – najchętniej pokazałaby nam wszystkie widoki Szkocji, każdy z innej strony, robi ładne zdjęcia, maluje obrazy, chodzi po górach… Byłyśmy na wycieczce wokół jeziora Lochnes, przejeżdżałyśmy blisko szopy stanowiącej centrum kultu Szatana, któremu przewodniczył sam Crowley, ten, który napisał satanistyczną biblię. Ponoć miejsce przepełnione jest diabelską energią i obwieszone insygniami typu pentagram czy czaszka. Oczywiście bardzo chciałam tam pojechać i odczuć na własnej skórze to promieniowanie, właściwie bardziej chciałam wiedzieć czy je poczuję, czy w ogóle coś poczuję, ale nikt nie zgodził mi się towarzyszyć. Musiałam więc zadowolić się wypadem nad zatokę północną, gdzie pluskały się delfiny, a Maciek zbierał dla mnie piękne muszelki i kamyczki, które zabrałam ze sobą, zwiedzaniem dwóch fortów ze staro angielskich książek i przecudownego, malutkiego (może na 20 osób) kościółka katolickiego urządzonego raczej jak pokój, niż jak kościół, ale zadbanego i wyposażonego w papier toaletowy i ręczniki w łazience, co na tle polskich obiektów ciągle budzi moje zdziwienie. Kiedy nie jeździłyśmy na wycieczki, zwiedzałyśmy sklepy – w tym Primarka, gdzie kupiłam sobie torebkę, dwa pierścionki, bransoletkę, i kilka ciuchów.
Poszłyśmy też do restauracji, którą lubię, na typowe angielskie śniadanie i na fish&chips. Restauracja owa ciekawie się nazywa: „Weather spoon”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „łyżeczkę pogody”. No i wizyta w restauracji Indyjskiej, gdzie przez nieuwagę prawdopodobnie Kasia zamówiła danie pikantniejsze od mojego, po czym wyraźnie wyostrzył jej się język, ona sama twierdzi, że również wzrok. Na ostatnie 2 dni pojechałyśmy do Edynburga, gdzie odbywał się festiwal teatrów ulicznych. Tam spotkałam się z moją przyjaciółką z lat szkolnych Moniką, jej synem, który od 13 lat jako jedyny mówi na mnie „ciocia” – jak miło było to znowu usłyszeć – i jej tatą, którego bardzo lubię. Wychyliliśmy morze szkockiej whisky grając o nią wizerunkiem królowej na jedno funtówce, poznałyśmy prawie przypadkowo Łukasza, z którym praktycznie nie rozstawałyśmy się cały ten czas i żyłyśmy sobie spokojnie nie przeczuwając, jaka przygoda nas czeka w drodze powrotnej. Już z domu wyszłyśmy trochę za późno. Na lotnisko wpadłyśmy 10 minut przed zamknięciem odprawy. Potem jeszcze chwila stania w kolejce i te złowróżbne słowa: „nie macie wykupionego bagażu”. Darii karta została już najpierw odrzucona kilku krotnie w sklepie, potem, przy próbie podjęcia funtów z bankomatu, połknięta. Nie miałyśmy przy sobie żadnych pieniędzy, a wykupienie bagażu na lotnisku kosztowało aż 40 funtów. W dodatku miałyśmy na to całe 5 minut. Dałam Darii kartę rzucając w powietrze kod pin i czekałam z bijącym sercem na rezultat. Niestety. Karta została odrzucona. Pozostał jedynie bankomat. Ale co, jeśli sytuacja z kartą Darii powtórzy się przy mojej? Wszyscy czekali już tylko na nas. Bankomat nie odmówił. Na szczęście. Cała reszta odprawy przebiegła prawie pędem. Z powodu jak to usłyszałam „zbyt późnego pojawienia się” nie otrzymałam obiecanego care assistance. Szkoda tylko, że stało się tak po raz trzeci, czyli dokładnie za każdym razem znajdował się powód, dla którego bądź to care assistance nie było, bądź był, ale jak by go nie było, jak to miało miejsce przy powrocie z lutowego wypadu. Kiedy zdyszane usiadłyśmy w samolocie zaczęłam zastanawiać się, gdzie włożyłam kartę i 10 funtów pozostałych po opłatach bagażowych. Przeszukałam torebkę – nie ma. Sprawdziłam kieszenie – nie ma. Daria sprawdziła plecak – nie ma. Zaczęłyśmy przetrząsać bagaże podręczne i zastanawiać się, jak to było, kto to chował i gdzie. Niestety, ponieważ obie byłyśmy wtedy bardzo zdenerwowane trudno było coś odtworzyć. Doszłam do wniosku, że musiałam upuścić kartę na podłogę. Martwiłam się, bo pin wykrzyknęłam prawie na cały głos, jeśli ktoś to słyszał a potem podniósł kartę… Na całe szczęście odnalazła się, ale to już po wylądowaniu w Gdańsku. Sądząc, że na tym skończyły się nasze kłopoty poszłyśmy odebrać bagaż. Jakież niemiłe było nasze zdziwienie, gdy odkryłyśmy, że z bagażu wycieka jakaś słodkawa, niezbyt ładnie pachnąca substancja. To mogło być tylko imbirowe wino. Ehh. Wszystko do prania, a co dla mnie może najsmutniejsze, rozbite szkło poszarpało ulubioną bluzkę, jaką tam nabyłam. Mimo tak stresującego zakończenia, pamiętać będę cudowny puding w litrowym kartonie o szumnej nazwie „Ambrozja”, moje ukochane słodkie szkockie pyszności, number one to chyba batoniki o smaku capuccino, chińskie i hinduskie bufety z przepysznie przygotowanym, duszonym w przyprawach mięskiem, sklepy z breloczkami w różnych kształtach, wiszący na linach most w Invernes, szumpałkę – afrykański instrument zwany rain-makerem, który adoptowaliśmy z Maćkiem jako nasze ukochane dziecko, humous, którego spróbowałam w Szkocji po raz pierwszy… I ludzi! Kasię, Monikę, Patryczka, Maćka, Łukasza1 i Łukasza2, Emeta, Colina, Alana, Carla, Kena polskiego księdza i kilka innych osób jeszcze. Dziękuję Ci Daria, za to, że byłaś, że pomagałaś, znosiłaś wszystko bez skargi, wybierałaś ze mną piękne ubrania, wyszukiwałaś nie kiczowate pamiątki i robiłaś super zdjęcia. Zapraszam do obejrzenia ich na mojej stronie w dziale „galeria”.

2 myśli nt. „Opowieści szkockiej treści

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *