Relacja z Berlina

Zdecydowałyśmy, – Silvia i ja – że pojedziemy do Berlina, bo to i niedaleko i niedrogo.
Tylko 4 godziny pociągiem do Szczecina (Bilet dla nas obu w cenie niecałego jednego do podziału), a potem bus, albo pociąg za jedyne 10 euro, i już po 2 godzinach w Berlinie. Co prawda z braku odpowiednich informacji udało nam się „przepuścić” busy wyruszające o 12.00 w południe… – swoją drogą, co za głupi pomysł, żeby z każdego biura podróży busy wyruszały o tych samych godzinach – ale ostatecznie wyszło nam to na dobre. Podzwoniłyśmy trochę po innych przewoźnikach i znalazł się Pan, który stwierdził, że w sumie może się tam wybrać, bo i tak ma coś do załatwienia. Przyjechał po nas pod dworzec, a co ważniejsze, byłyśmy jedynymi pasażerkami, miałyśmy cały tył busa dla siebie, a w dodatku, kierowca stwierdził, że zawiezie nas do samego hotelu.
Na miejscu byłyśmy po południu. Jako pierwszy punkt wycieczki, potraktowałyśmy zjedzenie kebaba, dużo obie słyszałyśmy o tym, że w Niemczech są najlepsze. (Oczywiście te robione przez Turków). Miałyśmy blisko na Plac Aleksandra, więc tam też się wybrałyśmy i spożyłyśmy to cudo kulinarne… Mmmm, naprawdę palce lizać. Do kebaba dostałyśmy frytki z majonezem posypane jakąś tajemniczą przyprawą, echh, do tej pory pamiętam ten smak…

Sam hotel, ku naszemu zdziwieniu – nocleg za jedną osobę kosztował tylko 12 euro – okazał się być bardzo czysty, wygodny i sympatyczny. Z ogrodem do posiedzenia na ławeczce i stolikami, dużym barem, czystą pościelą, papierowymi ręcznikami w każdej toalecie, mydłem i niekończącym się papierem toaletowym. Obsługa mówiła po angielsku, tuż obok indyjska restauracja i sklep spożywczo-monopolowy.
Hostel położony w samym centrum.

Jeszcze tego wieczoru zwiedziłyśmy kilka sklepów z pamiątkami, a ja kupiłam sobie dwie bluzeczki za kilka euro! 🙂

Sobota była dużo bardziej pracowita. Zaczęłyśmy śniadaniem w amerykańskiej restauracji, gdzie zamówiłam sobie „breakfast city”, na które złożyły się: gotowane jajko, ser żółty, szynka i owoce, a do tego podano gorące jeszcze bułeczki.
Potem poszłyśmy zobaczyć resztki berlińskiego muru. Kiedy byłyśmy już blisko, zatrzymał się obok nas jakiś wycieczkowy autokar i Silvia zaproponowała, by dyskretnie przyłączyć się do grupy, mając nadzieję, że przewodnik będzie mówił po angielsku. Chwilę później, do moich uszu dotarły słowa: „A więc mur berliński zbudowano w roku 1961…” Hahaha. Miałam przewodnika za darmo!

Kolejnym zabytkiem była Brama Brandenburska. Nawet ja ją dokładnie obejrzałam. (Silvia znalazła mi jej miniaturkę w sklepie z pamiątkami).

Aby pocieszyć mnie, że chodzenia jest dużo i podnieść moje morale, Silvia zabrała mnie do arabskiej dzielnicy. Poszła obejrzeć żydowskie muzeum, a ja zostałam na ławeczce i cieszyłam się głosikami dzieci wykrzykującymi jakieś arabskie słowa, słuchałam gwaru rozmów i wdychałam zapach arabskich przypraw. Oj, zatęskniłam za Egiptem…
Tego dnia skusiłam się na strudel z jabłkami, cały obsypany zgrzytającym między zębami cukrem, jabłka, jak na lekarstwo… Gdzieś po trzecim gryzie mnie zemdliło i prawie całe wielkie koło zostało na talerzu, a ja długo okupowałam toaletę próbując zmyć cukier nawet z przedramion…

Przez dwa dni dopisywała nam naprawdę ładna pogoda. Ciągle spotykałyśmy mnóstwo turystów. Spróbowałyśmy berlińskiego piwa, coli z pomarańczą, w której jednak żadnej pomarańczy nie wyczułyśmy, a ja zakupiłam w markecie Netto kilka niemiecko wyglądających słodyczy. (m. in. Milkę z popcornem). Kupiłam też sobie oczywiście magnes. Mam ich już teraz chyba ponad 10 na mojej lodówce, łącznie z 8 krajów.
Nie udało mi się niestety nigdzie znaleźć wielbłąda. Silvia zdecydowanie nie była taka rozrzutna, jak ja. Wydała z całą pewnością co najmniej o połowę mniej ode mnie..
Wieczór, późny wieczór, spędziłyśmy w hostelowym ogródku grając w makao.

Niedzielny poranek powitał nas deszczem, ale i tak na ten dzień zaplanowałyśmy właściwie tylko łażenie po sklepach. Niestety okazało się, że zdecydowana większość w niedzielę jest zamknięta. Po wykupionym w hostelu śniadaniu, które znowu zaskoczyło mnie niską ceną – tylko trzy i pół euro, a w ramach tego można było sobie brać ile się chciało wędliny, sera, płatków, jogurtu, nutelli, dżemu, kawy, herbaty i chleba – ruszyłyśmy powoli w kierunku stacji. W deszczu droga trochę się dłużyła. Ponadto bolały mnie wszystkie mięśnie po wczorajszej eskapadzie. Na stacji zrobiłyśmy małą rundkę po sklepikach – stacja przypominała bardziej lotnisko, niż dworzec, a potem Silvia zaproponowała, że odpoczniemy w poczekalni, która wpadła jej w oko. „Były tam takie wygodne fotele” rzekła. Znalazłyśmy to miejsce, weszłyśmy, ale zatrzymała nas Pani w minirecepcji pytając czy my również mamy bilet pierwszej klasy? Z przykrością odpowiedziałyśmy, że nie, ale w akcie ostatecznej desperacji Silvia zapytała czy mimo wszystko nie mogłybyśmy zostać… i Pani się zgodziła. Weszłyśmy więc głębiej, usiadłyśmy na wygodnych fotelach ze stolikami,a za chwilę okazało się, że to naprawdę burżujskie miejsce. Każdy czekający mógł bez ograniczeń częstować się kawą, wieloma smakami herbaty, Colą, sprite-m, fantą, gorącą czekoladą i wodą mineralną. Przez ponad 2 godziny, miałyśmy okazję spróbować chyba wszystkiego 🙂
Niemałe znaczenie miał również fakt, że toaleta była za darmo. (Wszędzie indziej, nawet w centrach handlowych musiałyśmy płacić… że nie wspomnę o tym, że kupując bluzkę za 4 euro, 1 euro zapłaciłam za plastikową jednorazową siatkę, taką, w jaką pakuje się owoce w markecie, by je zważyć).
Chciałyśmy zobaczyć, jak to jest, więc w drogę powrotną wybrałyśmy się pociągiem za 10 euro. I tu również miła niespodzianka. Wygodny, zadbany i czysty pociąg linii Deutche Bane… polecam!

z wycieczki przywiozłyśmy trochę zdjęć, ja zakwasy, ale przede wszystkim wspomnienie miło spędzonego czasu i pozytywne wrażenie na temat Berlina. Mam przeczucie, że jeszcze kiedyś tam wrócę.

Dla zainteresowanych hostelem podaję linka: http://www.heartofgold-hostel.de/web/en/story.htm

Jedna myśl nt. „Relacja z Berlina

  1. Cola z pomarańczą :):) Wiem doskonale o czym mówisz :):) Tak zwana „SPEZI”. Mój ulubiony napój. Przeraźliwie gazowany przez co często po niej choruje na gardło, ale warto. Niby nic, a cieszy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *