Relacja z pobytu w Turcji

Turcja kwiecień 2011.

Byłam bardzo ciekawa, jak będzie. Przede wszystkim, jakich ludzi tam spotkam. Martwiłam się, że będę najstarsza ze wszystkich, nie wiedziałam czy grupa mnie zaakceptuje.
Na lotnisko odprowadziła mnie Olga, za co byłam jej bardzo wdzięczna. Ciekawy to sposób na spędzanie Wielkanocnego poranka 🙂 W którymś momencie musiała mnie jednak zostawić. Siedziałam więc i czekałam wraz z innymi wycieczkowiczami, bo był to lot czarterowy. Pan siedzący obok starał się zabawić towarzystwo i opowiedział między innymi taki żart:

Pyta kolega kolegę:
– Wolałbyś być łysy czy idiotą?
– Idiotą.
– Czemu?
– Bo tego nie widać…

Odkryłam w tym pewną filozofię…
A’propos żartów, z tym, że niezamierzonych, muszę koniecznie przytoczyć jedną rozmowę zasłyszaną w samolocie. Dialog, który przytoczę odbył się między mniej więcej czterolatkiem, i nie więcej niż sześciolatkiem.

– Chcesz gumę?
– Nie.
– A mentosa?
– Nie.
– Czemu?
– Bo nie chcę walić miętą!

Już na lotnisku w Antalii spotkałam Kasię i można powiedzieć, że była to „miłość” od pierwszego wejrzenia. Zamieszkałyśmy razem i z nią dogadywałam się najlepiej ze wszystkich. Oczywiście pomagała mi również we wszystkim. Same posiłki były wyzwaniem. Bufet na każdą okazję, rano, w południe i wieczorem. Jeśli już miałam kogoś, kto był gotowy się przemęczyć i nakładać mi wszystko po kolei na talerz, byłam zadowolona z takiego obrotu sprawy. Przy bufecie można więcej spróbować i bardziej wybiórczo podchodzić do jedzenia, co mi odpowiadało. Nie wspomnę o tym, że nikt nie limituje ilości, co już akurat należy do negatywnych stron bufetu, jeśli pomyśleć o wadze…

2-osobowe pokoje, wygodna sala konferencyjna. Zajęcia trochę nudne, ale nie spodziewałam się rewolucji pod tym względem. Towarzystwo bardzo zróżnicowane… dużo osób po 40, dużo osób z krajów skandynawskich, przewaga kobiet, jak zwykle… Zawiedziona byłam turecką reprezentacją, liczyłam na jakiegoś „Kaana” 🙂
Godnymi uwagi, z mojej strony, były 3 osoby: gość z Węgier, – Zoltan – niezwykle przystojny, ekscentryczny ale ciekawy i ciepły Belg- Bri, oraz Niemiec zamieszkujący w Austrii – Torben, który był członkiem kadry.

Nie zwróciłam nawet najmniejszej uwagi na cichego Martina z Czech zamieszkującego w Austrii. A on po prostu trzeciego dnia rano się przysiadł, otworzył buzię, wypowiedział kilka czeskich słów… i już został! W naszej drużynie była moja Polka Kasia, nieśmiały Polak Grzegorz, Rumunka Ana, bardzo oryginalna osoba no i nasz Martinek, bez którego całe szkolenie nie byłoby nawet w połowie takie sympatyczne i zabawne. (notabene, oczywiście zajęty).

Spędziliśmy razem niezapomniane chwile. Zabawa polegająca na łączeniu czeskiego i polskiego, to jedna z najprzedniejszych rozrywek, jakich doznałam. Nie sądziłam, że to może być aż takie zabawne. Może trzeba do tego również „odpowiednich” ludzi… mieliśmy podobne poczucie humoru, rozśmieszały nas podobne rzeczy, wszyscy byliśmy lekko złośliwi. Myślę, że grupa miała nas czasami dosyć.
Martin ujął mnie swoją wrażliwością, namalował dla mnie wyczuwalny dotykiem swój portret, wyszukiwał mi różowych błyskotek, bo wspomniałam, że lubię i był świetnym przewodnikiem.

Prócz Martinka były tam jeszcze dwie fajne Czeszki – Lenka – trenerka i Szarka.

Wracając do programu szkoleń. W środę mieliśmy czas na pobliskie miasteczko, gdzie kupiliśmy kilka pamiątek, ja spróbowałam dziwnego napoju z mleka i wanilii, coś jak rozrzedzony budyń, ale dobre. Potem poszliśmy pobawić się do klubu i o dziwo tańczyłam prawie tyle, co inni, oczywiście w naszej grupce, co znacznie mi pomogło.

Czekałam z niecierpliwością na sobotę. Szkolenie kończyło się w piątek wieczorem, a mój czarterowy lot miał odbyć się w niedzielę rano. Tę lukę w samej Antalii postanowiłam wykorzystać na spotkanie z moim pierwszym wolontariuszem z Turcji – Kaneczkiem.

Tak też się stało. Planując to spotkanie sądziłam, że będziemy sami. Okazało się, że osób, które mają lot w niedzielę jest więcej i wszyscy śpimy w tym samym hotelu. dzień ten zatem spędziliśmy w większym gronie. Było naprawdę wspaniale. Zwiedzaliśmy, jedliśmy kebab, piliśmy piwo Efes, przechadzaliśmy się plażą, wsysaliśmy tureckie lody i buszowaliśmy po sklepach. A co dla mnie może najfajniejsze, poza Kaanem i Martinkiem i Kasią, to fakt, że poszliśmy do Lunaparku. Był też z nami Bri, który jako jedyny zdecydował mi się towarzyszyć podczas tego typu rozrywki. Reszta stała i podziwiała 🙂
Tego dnia w ogóle czułam się jak księżniczka. Wszyscy byli dla mnie naprawdę wręcz niesamowicie mili, dbali o to, żeby wszędzie było mi wygodnie, stawiali obiad, piwo i karuzelę i tyle miłych słów usłyszałam. Kaan ciągle mnie przytulał i mówił, że nie może uwierzyć, że jestem tutaj.

Na koniec piwko, a potem podróż do hotelu, przemycenie nielegalnego Kaana i żubrówka na balkonie. Rano totalny zgon, po 3 nocach prawie bez snu. Jak zombie na lotnisko, tam spóźnienie o godzinę samolotu, no i Polska. Zimna i wietrzna, ale moja!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *