Relacja z wyjazdu do Francji

Pojechałam tam z programu EVS – Wolontariat Europejski. Ogólna zasada jest taka, że ja tam pracuję za darmo, za to Unia płaci mi za przelot, zakwaterowanie i wyżywienie! Ekstra!!!

Ogólnie rzecz biorąc było fajnie. Nie żałuję, że w ten właśnie sposób zaplanowałam swój urlop. Trzy tygodnie we Francji – trochę nowych słówek i zwrotów, kilka nowych znajomości, a przede wszystkim cudowne dzieciaczki, z którymi spędzałam większość czasu.

Pracowałam w takim letnim przedszkolu, gdzie zajęci rodzice mogli zostawić swoje pociechy na 9 godzin. Towarzystwo było bardzo mieszane. Wszyscy to Francuzi, ale w wielu kolorach i o wielu innych narodowościach. Bawiliśmy się klockami, lepiliśmy zwierzątka z modeliny, sadziliśmy pestki brzoskwini, graliśmy w gry terenowe w parku i spaliśmy… Każdego dnia, ok. godziny 13.00 dzieciątka szły „fe dudu” czyli spać. Samo zmuszenie ich do zaśnięcia, to już praca dla bardzo wytrwałych 🙂 Ciągle się wierciły, szeptały, rozśmieszały innych, wydawały różne dziwne dźwięki.

Najśmieszniejsze jest to, że dzieci nie mówiły po angielsku, a ja na początku prawie nic po Francusku, potem opanowałam tak przydatne zwroty, jak „przestań”, „chodź do mnie”, „Śpij”, „tak nie wolno”, „Kto bawi się ze mną” itp.

Miałam tam swoją ulubienicę, drobniutką i prawie najmłodszą, arabskiego pochodzenia Samę. Sama była cichutka i nieśmiała i czułam się bardzo wyróżniona, jak przychodziła usiąść mi na kolanach, albo jak widząc, że bawię się z innym dzieckiem, zazdrośnie wciskała się między nas.
Bardzo za nią teraz tęsknię.

Inne dzieci też były cudowne. Na początku mnie nie zauważały, potem kłóciły się, kto ma mnie prowadzić. Z uśmiechem wspominam sytuacje, kiedy to ustawiało się koło mnie 7 dzieciaczków i każde chwytało mnie, gdzie mogło, by przeprowadzić kilka metrów. Innym znów razem, idąc po chodniku, zupełnie zapominały o tym, że nie widzę i albo porzucały mnie beztrosko na środku chodnika, bo coś je zainteresowało, albo obchodziły słup z obu stron, a że ja szłam po środku… cóż, słup został mi się na czole na pewien czas.

Dzieci wiedziały, że nie widzę, z czasem przyjęły, że ich nie rozumiem. Przychodziły więc do mnie, i np. zakładały mi z nienacka nogę na kolana, co oznaczało, że mam zdjąć lub zawiązać im buciki, albo podawały mi sugestywnie kurteczki czy plecaki, bym pomogła im je założyć. Przynosiły mi soczki ze słomkami, bym przebiła kartonik, ciasteczka do otworzenia, chipsy i wszystko to, z czym same nie mogły sobie poradzić.

Mogłabym o nich wiele opowiadać….

Niestety, życie, jak to się mówi towarzyskie, czyli to po pracy, nie udało mi się najlepiej. Nie dogadywaliśmy się zbytnio ze sobą. Oprócz mnie była tam jeszcze 18-letnia Karolina, Weronika z Włoch w podobnym wieku i Adam, nieco starszy. Wychodzi na to, że nie mieliśmy zbyt wiele wspólnych tematów.

Generalnie musiałam sobie radzić sama, wyszło mi to o tyle na dobre, że od przymusu pytania o różne rzeczy obcych ludzi, np. na ulicy, dużo szybciej zaczęłam podłapywać język.

Zwiedziliśmy między innymi jedno z Belgijskich miasteczek. Z innych wolontariuszy, poznałam bliżej Elmirę z Mołdawi, może utrzymamy kontakt.

Chciałabym wrócić do Francji na rok, bardzo mili byli tam ludzie, to niesamowita różnica w porównaniu do tego, co spotykam na ulicach w Polsce. Tam, praktycznie nikt nie ominął mnie obojętnie. Jeśli się gdzieś zgubiłam, w ciągu sekundy pojawiał się ktoś, kto chciał mi pomóc, a jego pomaganie nie ograniczyło się do powiedzenia „prosto, w lewo i tam Pani zapyta”, ale zawsze ten ktoś odprowadzał mnie do pierwszego miejsca, gdzie czułam się bezpiecznie, niejednokrotnie zawracając z drogi. Pewnego razu zgubiłam się szukając metra. Spotkała mnie Pani z synem, idąca w drugą stronę i jak już zrozumiała o co mi chodzi, postanowiła mnie odprowadzić. Szłyśmy prawie 30 minut, jej zupełnie nie po drodze.

Urzekło mnie coś tak prostego i naturalnego, jak mówienie przez kierowców „dzień dobry” do wsiadających do autobusów pasażerów.

Poza tym ogromnie spodobał mi się Francuski, a jestem za leniwa, żeby nauczyć się go samodzielnie, czy nawet przy pomocy korepetycji. Poza tym, jak ktoś się na własnej skórze przekonał o ile szybciej i łatwiej uczy się języka w kraju, w którym posługuje się nim na codzień, nie będzie chciał marnować czasu i pieniędzy na korepetycje. Chyba że nie ma innego wyjścia!

Miałam świetnego opiekuna-mentora. Ma na imię Ludwik, jest Polakiem z pochodzenia i bardzo mi się podoba. Opiekował się nami wszystkimi i wszystkich nas traktował równo. Niestety 🙂

Kto wie… Kto wie, co się wydarzy…

Cały mój wyjazd został uwieczniony na zdjęciach, które można zobaczyć w galerii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *