Relacja ze szkolenia dla mentorów – Bonn 13-17 czerwca 2012

Droga do Bonn bardzo mi się dłużyła. Nie mam szczęścia do Lufthansy. Spóźnili się z odlotem w Gdańsku, jeszcze bardziej spóźnili się z odlotem w Monachium, co wcale mnie nie ucieszyło po 3 godzinach bezczynnego czekania.
Kiedy wsiadłam do autobusu jadącego z lotniska w Kolonii do centrum Bonn, usłyszałam kogoś pytającego o hostel, do którego usiłowałam dotrzeć. Zapytałam więc czy jedzie na to samo szkolenie. Po ilości hałasu, jaką robiła wokół siebie i znajomym mi akcęcie domyśliłam się, że jest z Włoch. Miałam rację. Na imię jej było Sabrina. Razem dotarłyśmy do celu.
Grupa już się spotkała, by się poznać. Wyobrazili sobie, że pokój, to płaska mapa świata. Każdy stanął w miejscu, z którego pochodzi. Uczestniczy przyjechali z takich krajów jak: Francja, Włochy, Albania, Węgry, Słowacja, Rumunia, Austria, Niemcy, Finlandia, Norwegia, Litwa, Czechy, Martynika.
Średnia wieku od 18 do 50 lat, ale większość mieściła się w przedziale 22-30.
Hostel mnie rozczarował. W pokojach piętrowe, niewygodne łóżka, miniaturowy prysznic, z którego nie sposób nie nachlapać, maleńka toaleta. Co jednak dla mnie najgorsze brak internetu. Tj. można było wykupić godzinę połączenia na hot spocie, ale 1. za 2 euro, 2. Kupiłam i nikt nie umiał ustawić tego połączenia na moim komputerze.
Co mi osobiście przeszkadzało, to fakt, że wszystkie posiłki były podawane w formie szwedzkiego stołu. Jedzenie było zimne i szybko znikało. Nie byliśmy oczywiście jedynymi gośćmi.
Mieszkałam z Danielą, dziewczyną z Albanii, która, lepiej wierzyć w przyjemniejszą wersję, była bardzo nieśmiała i cicha, więc za wiele konwersacji między nami nie było. (Szczerze mówiąc nie wiem czy naliczyłabym 20 słów, które padły z jej ust, a byłyby skierowane do mnie). Czułam się raczej skrępowana przebywając w pokoju.
Grupa jako taka jednakże, starała się mi pomagać i włączać w ćwiczenia, za co jestem im wdzięczna. Bardzo zaopiekował się mną Seppo – Fin, którego poznałam na szkoleniach w Turcji, na których byliśmy trochę ponad rok temu. Był tam też jeden Polak, Łukasz, z obecności którego się ucieszyłam. W tak multikulturowych czy raczej multinarodowościowych grupach zawsze miło spotkać kogoś swojego, przynajmniej dla mnie. Szybko znaleźliśmy kilka wspólnych punktów: Łukasz mieszka w Siedlcach, gdzie ja kończyłam studia, ukończył Polonistykę, tak, jak ja i był na EVSie w Londynie. Jest dziennikarzem i miłą, pomocną osobą.
Spotkałam także ok. 50-letnią Niemkę, która od 20 lat jest szczęśliwą żoną Egipcjanina. Odezwały się stare sentymenty…
Moim nowym odkryciem, takim prywatnym, opartym na refleksji, było uświadomienie sobie, że istnieje coś takiego, jak życzliwy śmiech. Nikt z nas nie lubi, kiedy śmieje się z nas choćby jedna osoba, a co dopiero, kiedy śmieje się cała grupa? A jednak podczas tego typu spotkań, gdzie ludzie są do siebie pozytywnie nastawieni, salwka, salwa lub lawina śmiechu następuje praktycznie po każdej wypowiedzi, komentarzu, czasem słówku. I jest to śmiech aprobujący, dający poczucie, że grupa zwraca na ciebie uwagę, że cię słucha i że podoba im się to, co mówisz, jaki jesteś, co robisz. Nie ma w nim charakterystycznego dla wyśmiewania innych szyderstwa, satysfakcji z czyjegoś niepowodzenia, piętnowania. Śmiech takiej grupy, jest bardziej jak uśmiech skierowany do ciebie, jak mała nagroda. Nawet nieśmiałe, chowające się w cieniu osoby, próbują bardziej lub mniej poradnie go wywołać.Tyle szkoleń przeszłam,a tak naprawdę wyraźnie zdałam sobie z tego sprawę tutaj.
Prywatnie dla siebie z tego spotkania miałam również komunikat zwrotny od innych uczestników, jakoby lubili moje wypowiedzi, bo są krótkie, ale konkretne i zawsze trafiają w sedno. (To jakaś odmiana, po odwiecznym stwierdzeniu, że podoba się innym moje ironiczne poczucie humoru, ostatecznie nie chcę być jedynie zabawna, nawet jeśli zawiera się w tych uwagach również aluzja do posiadanego przeze mnie intelektu).
3 dni, to nie dużo, aby się poznać, a co dopiero zgrać, ale grupa bardzo się starała. Uwielbiam spotykać Czechów lub Słowaków, zawsze mamy doskonałą zabawę. Teraz również rozmawiałam dużo ze Stano, z którym zaśmiewaliśmy się ze swoich języków. (lingwistycznie oczywiście) 🙂
Ostatni wieczór przegadałam również z Andreą, dziewczyną z Rumuni, która opowiedziała mi swoją historię – jak zwykle, dużo rozczarowań, złamane serce i leczenie ran. Osoba cicha, ale jestem pewna, że jeśli miałabym okazję się z nią zaprzyjaźnić mogłabym na nią liczyć w każdym momencie.
Na lotnisko wracałam z jedną uczestniczek, spotkaliśmy Stano po drodze i było bardzo sympatycznie. Kiedy już miałam zostać sama przy bramce, tam gdzie czekali odlatujący do Monachium, usłyszałam zdziwiony głos naszej trenerki z Włoch… Okazało się, że lecimy tym samym samolotem, także dopiero czekając na lot do Gdańska zostałam naprawdę sama.
Pamiątką po szkoleniu była płyta z materiałami i zdjęciami, dyplom i założona na facebooku grupa uczestników treningu. Kto wie, które z tych kontaktów jeszcze czymś zaowocują.
Zdjęcia ze szkolenia można znaleźć w galerii, pod nazwą „Bonn2012 – szkolenie dla mentorów”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *