Tydzień na Djerbie.

To był plan na nasz miodowy miesiąc skurczony do 7 dni.
Oczywiście wolę wyprawy na własną rękę, ale tu nie miałam zbytniego wyboru.
Raz, że ograniczały nas koszty, a dwa, moja przerwa w szkole wynosiła dokładnie tyle, by wyjechać od piątku do piątku, w sobotę się rozpakować, a w niedzielę przypomnieć sobie podstawowe zwroty z flamandzkiego.
No i by udać się gdzieś w celach turystycznych ale bez biura potrzebowalibyśmy jakiegoś odważnego, obecnie dobrze prosperującego finansowo i miłego kompana.

Na Djerbe zabieraliśmy ze sobą mamę, bo ciężko byłoby nam dwoje w hotelu się odnaleźć, przy opcji all inclusive, but take it by yourself, a co dopiero poza nim. A przecież chciałam bardzo zobaczyć zwykłe życie zwykłych arabów.

Już przed wyjazdem zaznaliśmy smaku przygody, kiedy to moja mama nie mogła opuścić Modlina ze względu na mgłę, a potem Okęcia ze względu na natłok samolotów przeniesionych z Modlina na powyższą okoliczność. Roland spędził ponad 6 godzin oczekując jej na lotnisku w Challerloi. Ostatecznie jednak dotarli do domu ok. 22, dla mamy po 15 godzinach od wyjścia z polskiego domu – w Warszawie.

Na szczęście z przelotem do Tunezji nie było już problemów. Kupując wycieczkę dopłaciliśmy za dodatkową opcję „taksówki”, a więc zabrano nas z pod samego domu i odstawiono praktycznie do samolotu. Taki rodzaj asysty.

Pokój hotelowy dosyć przestronny, ale również dosyć ubogi, jak na mój gust. Najpotrzebniejsze meble, małe szafki, lampki i taras. Szczerze mówiąc łącznie spędziłam na nim jakie 45 sekund, jak go oglądałam.
Rolandowi i mamie bardziej się przydał do palenia.

No i zaczęły się wakacje. A wraz z nimi poczucie, że niby wszystko jest, ale nie takie, jak sobie wyobrażałam, albo nie takie, jakby się mogło wydawać w drukowanych na gorąco błyszczących folderkach reklamowych.

Jedzenie.

Zacznę od tego, co dla mnie najważniejsze. Jedzenia dużo, nikomu z całą pewnością nie zabrakło, ale już na pierwszym posiłku nie bardzo miałam co sobie wybrać. Jakieś mięsa, większość tłusta i żylasta, ziemniaki krojone w plastry i grillowane, ale w rzeczywistości wysuszone na kształt liścia, bo przecież muszą być cały czas ciepłe, ryż bez smaku. To tyle z podstaw. A poza tym warzywa, naleśniki, smażone jajka … i tak przez cały tydzień. To samo menu na każdym posiłku. Były też różne ciasta i deserki typu budynie czy rodzaj jogurtu oraz owoce.
Pierwszego dnia chciało się spróbować wszystkiego, 3 razy miks, a potem już się wybierało co z tego miksu, ale po trzecim dniu naprawdę już nie miało się ochoty na nic z tego repertuaru.
Napiszę co mi tam smakowało. Najlepszym daniem głównym była naszym zdaniem bardzo tunezyjska potrawa zwana przez Włochów Pizzą. Pyszne cienkie ciasto i składniki komponowane przez zjadacza i pieczone przez wykonawcę na oczach wszystkich.
Na deser zajadałam się pestkami granatu, gotowe, wydrążone, umyte i super słodkie, tylko zajadać łyżkami.
Ciasta piankowe, takie idealnie w moim stylu, jeszcze z musami owocowymi czy kawałkami owoców, ale pyszne.
Omlet smażony z wybranymi dodatkami, cebula, pietruszka, pomidory itd. Prosto z patelni, pachnący i smaczny.

Wypoczynek.

Każdy wie, że od nadmiaru i głowa boli. Pogoda wyśmienita, słońce prażyło, aż miło, w krótkich rękawkach a i w bluzkach na ramiączkach chadzać można było, a wieczorami sączyć drinki na tarasach kawiarenek. Ale tu dochodzimy do tego, co mnie irytowało. Tak. Wszystko w cenie. Drinki bez ograniczeń i piwo i wino, ale:
Wino jedynie wytrawne, a wytrawne, to może zbyt mało powiedziane, super wytrawne, tak kwaśne, że prawie nie do przełknięcia.
Drinki, podawane w kieliszkach do wina, a alkoholu z mikroskopem by nie znalazł, a na kolejnego sporo czekać trzeba. Przy tym te mieszane drinki ani różnorodnością, ani smakiem nie porażały. Soki jakieś chemiczne, lub rozrabiane z ala biedronkowych syropów, 3 nazwy jeden smak, ewentualnie whisky z colą, ale gdzie ta whisky?
Piwo mieli smaczne o dziwo, ale podawane w małych plastikowych kubeczkach do kawy.
Basen? I owszem, duży, na środku obiektu, ale po środku okrągły klomb z kwiatami, co utrudniało jego eksplorację i orientację w wodnym terenie, a poza tym słona woda. To przeszkadzało mi najbardziej. Ale tak najtaniej, bo 40 metrów dalej może, więc po co zwykłą wodę marnować. Ale jak już się ma tę słoną wodę w morzu, to po co basen?
Kryta pływalnia zamknięta, bo już po sezonie.
Skorzystaliśmy ze SPA, ale znowu fuszerka. Miała być sauna i piling, a to drugie polegało na tarciu rękawiczką po ciele, miał być hydromasaż, a była pływalnia ze słoną wodą i biczami wodnymi. No i masaż, na to czekałam najbardziej, ale jak pani zaczęła mnie delikatnie głaskać po plecach i ciskać dłoń, miał to być bowiem masaż całościowy, straciłam wszelką nadzieję.
Na tarasie, jak wspomniałam, nie dało się spędzać miło czasu, bo sezon już się skończył i zaczęto remontować, co się da. Także miast śpiewu egzotycznych ptaków dane nam było posłuchać arabskich wiertarek, szlifierek i młotów.

Rozrywki poza hotelem.

Oglądaliśmy jakąś synagogę, ruiny Rzymian, no i stolicę. Mamie nie podobało się wcale. Przeraził ją wszędobylski brud, opieszałość przechodniów i jeżdżenie, a jeszcze bardziej parkowanie absolutnie wszędzie.
Traumatycznym przeżyciem stały się dla nas odwiedziny na bazarze. Przecież nie był to dla mnie pierwszy raz, Przecież znam dobrze specyfikę takich miejsc, a jednak po tym, jak napadło mnie trzech z nich, każdy wciskał w ręce co popadło, przekonali mnie, by kupić niesrebrne srebro, bo ręka Fatimy, a ja lubię, za 20 euro. I jak na złość Roland miał tylko 50 eurowy banknot. I tu się zaczęła jazda. Pan nie miał wydać, za to mógł nam dać drugi taki łańcuszek za 20 euro i nawet był skłonny dorzucić bransoletkę, jedną już dawał mi w prezencie. Tutaj jednak nerwy mi nie wytrzymały i stanowczo wreszcie zażądałam reszty. Wtedy pan policzył mi mój prezent za 5 euro i z żalem i bólem oddał 25 euro. Zawieszka warta była mniej niż euro, tak sądzę. Po tej przygodzie odechciało nam się kupowania pamiątek. Z takich ciekawostek kupiliśmy wielbłąda, który według pana kosztował 36 dinarów za 6, tylko dlatego, że kompletnie przestał mnie on interesować, a hitem stała się bransoletka za 60 dinarów, którą kupiliśmy za 10, a i tak daliśmy mu pewnie zarobić.
Ogólnie w każdym sklepie było zatrzęsienie wielbłądów i czułam się okropnie nie mogąc kupić ich wszystkich. I tak i tak, moja kolekcja znacznie się powiększyła.
Nieprzyjemne jednak jest uczucie, że za wszystko słono się przepłaca, ale jest to cena za to, by już mieć spokój od targowania się.

Ostatnia wycieczka, na którą czekaliśmy najbardziej została odwołana z powodu ataku terrorystycznego w jednym z tunezyjskich miast. Ktoś chciał wejść do hotelu i tam się wysadzić, ale go nie wpuszczono, więc wybuchł na plaży. Ciągle zastanawiam się, jak jest to możliwe. Jaka siła kieruje człowiekiem godzącym się na rozsadzenie na strzępy w imię jakkolwiek skonstruowanej idei. Raczej nigdy tego nie zrozumiem.

Prócz tego jeździłyśmy konno, także za wygórowaną cenę, na wielbłądach, odwiedziłyśmy jeszcze inne miasto, jadąc tam taksówką i przeszliśmy się kilkakrotnie na plażę.

Wybierając się na wycieczkę zastanawiałam się czy i tam tak pełno chętnych na randki chłopaków. Przyznam, że w Egipcie podobało mi się to, że traktowano mnie na równi z innymi kobietami, proponowano kawę czy romantyczny spacer. Ostatecznie nikt tam nikogo nie zmusza i można odmówić. Więc to, na co tak się powszechnie na portalach narzeka w świętym oburzeniu, a po co w sekrecie często się jeździ, mi sprawiało przyjemność stanięcia na równej płaszczyźnie z innymi kobietami mimo tuszy i braku wzroku. A w Tunezji, jak ręką odjął. I to nie przez męża, wszyscy brali nas za rodzeństwo, zaczęłam więc wątpić w swoją atrakcyjność dla arabskich mieszkańców wyspy. Na szczęście dla mojego ego, ostatniego wieczoru „odkrył mnie” recepcjonista. Zapewnił, że nie posiada się z żalu, że wcześniej mnie nie zauważył, nie mógł odżałować, że już jutro wyjeżdżam i błagał, bym jeszcze tej ostatniej nocy przyszła do niego na recepcję o 1 w nocy, bo zaczyna o 12 i jak się upora z podstawowymi czynnościami będzie miał czas tylko dla mnie. Powiedziałam, że się postaram. Kusiła mnie perspektywa porozmawiania z kimś o tej drugiej stronie turystycznej Tunezji. Miałam jednakże przeczucie, że nie obędzie się bez dotykania dłoni, poufałych poklepywań a może i dalej idących usiłowań w pustym holu. Na drugi dzień, kiedy odprowadzał nas do autokaru dał mi swój numer i bardzo był smutny, że nie przyszłam, bo to był „ostatni moment na romantyczny spacer plażą”.

Myślę, że pokrótce to tyle. Tydzień, to było zupełnie wystarczająco, a ja nie zbliżyłam się zbytnio do arabskiego świata. Ciągle przychodziło mi do głowy porównanie tego kraju z Egiptem i niestety, choć może nie obiektywnie, nie umywa się nawet.

Zjęcia z pobytu w Tunezji można obejrzeć tutaj: http://www.monikazarczuk.pl/galeria/tunezja/

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *