„Dziennik Bałtycki” 30 kwietnia – 3 maja 2010

Nr 124 | 30 kwietnia – 3 maja 2010 | Dziennik Bałtycki | bezpłatny dodatek piątkowy

FOT.GRZEGORZMEHRING

Monika niewidzi problemu

Pracuje, bloguje, szkoli, pisze wiersze, gra w szachy i naflecie.
O Monice Zarczuk, która przełamuje bariery i milczenie luster, pisze Irena Łaszyn

Palce śmigają po klawiaturze komputera. Tak szybko, że wzrok nie nadąża za kursorem przesuwającym się po ekranie komputera.

Ale Monika w ekran nie patrzy. Wydaje się, że – zajęta rozmową – nawet nie wsłuchuje się w metaliczny głos „gadacza”, który informuje ją o tym, co pojawia się na monitorze. To tylko pozory, bo ona
wszystko kontroluje. Isłyszy rzeczy, których nie słyszą przypadkowi gapie. Ten elektroniczny lektor zachowuje się bowiem jak nakręcony ufoludek, mówi jeszcze szybciej niż Monika pisze i już nie wiemy, czy odzywa się po polsku, po angielsku, arabsku czy marsjańsku. Na szczęście
Monika wie, a o to przecież w tym wszystkim chodzi.

–Monika przygotowuje prezentacje na Targi Pracy, informacje dla nowych pracowników i propozycje dla uczelnianych
biur karier – tłumaczy
Małgorzata Lucewicz, dyrektor biura Fundacji Integralia. – Chcemy przyciągnąć studentów na szkolenia, które organizujemy, wskazać im możliwości rozwoju.
– Żaden problem – uśmiecha się Monika
Zarczuk. – Tojużdziewiątaedycja,mamdoświadczenie.
W fundacji jest szósty rok. Dla tej pracy przyjechała z Siedlec do
Trójmiasta, wynajęła mieszkanie, skończyła kolejne studia i zmieniła image.
–Zaczęłam lakierować paznokcie, malować rzęsy, eksperymentować z kolorami – wylicza. – Na początku brązujący puder czy korektor rozświetlający wydawały się równieabstrakcyjne jak przed laty akwarela, gwasz czy fresk. A przecież pokochałam malarstwo, odkryłam własną paletę farb.
Każda osoba taką paletę ma. Także – niewidoma.

***

Monika mówi, że z rzeźbami jest łatwiej.
Można je oglądać rękami. Do kontemplowania obrazów trzeba się przygotować. Potrzebny jest do tego drugi człowiek, jego widzenie świata.
Na swojej stronie www.monikazarczuk.pl zapisała: Gdyby prawdą było, że
obrazy są tylko po to, by na nie patrzeć, po co w ogóle w albumach pokazujących malarstwo pojawiać miałby się tekst?
Ja akurat bardzo się cieszę, że człowiekowi nie wystarcza patrzenie.
Odczuwa on bowiem jeszcze potrzebę zakomunikowania światu, co na obrazie zobaczył, jak go rozumie.
I choćopinie mogą być rozbieżne, to jednak występuje w nich na ogół wspólny mianownik, który staje się trzonem obrazu, powstającego w mojej wyobraźni i dla mnie właśnie jest „Krzykiem” czy „Śniadaniem na trawie”.

Ulubiony kolor? Niebieski. Dlaczego? Bo tak się ładnie kojarzy, jest terapeutyczny i ma związek z przestrzenią.

Jaki cień ma na powiekach? Fioletowy z liliowym. Te jaśniejsze są w górnej
części opakowania. Pudełko z cieniami rozpoznaje po kształcie.
Podobnie jak fluid, tusz do rzęs i szminkę. Ale na niektórych kosmetykach musiała umieścić brajlowskie napisy. Żeby nie pomylić różu z pudrem.

To była jedna z mniej przyjemnychrzeczy, jakie ją w życiu
spotkały. Zdarzyła się na początku pracy w fundacji. Pani
prezes zaczęła mówić o standardach obowiązujących w firmie
i o jej wyglądzie. Że musi nad tym popracować, bo widzi niedociągnięcia.
Ciuchy nosi wprawdzie czyste, ale często do siebie niedopasowane.
I zamało eleganckie.
Podobnie jak fryzurę i paznokcie.
Najpierw pomyślała, że na elegancję jej nie stać. Nowe
ciuchy, fryzjer czy kosmetyczka kosztują, a ona musi przecież
sama się utrzymać. Sama w obcym mieście.
No i specjalnie nie widzi (nomen omen) potrzeby
zmian. Czyż kobiecość i niepełnosprawność wzajemnie
się nie wykluczają?
Miała trzy lata, gdy – po wypadku – straciła wzrok. Miała
siedem, gdy opuściła dom rodzinny.
Z małej wioski nad Bugiem wyjechała do Krakowa.
Dwanaście lat mieszkała w internacie, a pięć w akademiku.
Uczyła się w szkole muzycznej, studiowała polonistykę, opanowała angielski, miała przyjaciół, jeździła po świecie, ale nigdy nie
widziała lustra i swojego w nim odbicia. Nie widziała problemu.
Dopiero gdy poszła na studia podyplomowe z zakresu marketingu
i public relations, na zajęciach spotkała się z tematyką wizerunku
firmy i osoby w niej zatrudnionej. „Już wtedy zaczęło
mnie dręczyć podejrzenie, że wygląd ma większe znaczenie,
niż mi się do tej pory wydawało.
Uświadomiłam sobie, że to, iż nie mam nic do powiedzenia
na temat trwałości farb do włosów czy skuteczności pudru we
fluidzie, może wskazywać na to, iż coś zostało zaniedbane, że jakaś część mojej kobiecości śpi” – zanotowała.
Ten tekst zatytułowała „Przełamać milczenie luster”.
Po tej rozmowie z panią prezes
i samą sobą poszła na całość.
Pożyczyła pieniądze, by…
zatrudnić wizażystkę. Adres
wyszukała w internecie, w mejlu napisała o niewidzeniu
i kilkunastu kilogramach nadwagi.
Zaproponowała długotrwałą współpracę w zamian
za zniżki.
To był bardzo pracowity weekend.
Kosmetyczka, manikiurzystka,
fryzjerka, optyk, nowe
okulary, nowe buty, nowe torebki,
nowe ciuchy. Wściekle kolorowe.
Różowe, fioletowe, czerwone.
Koniec z czernią,wktórą się przez całe życie chowała.Koniec z ascezą.
Koniec z Kopciuszkiem.
Skróciła spódnice, pogłębiła dekolt, włosy pomalowała
na czekoladowy brąz, a paznokcie na różowo.
Gdy w poniedziałek weszła do firmy, wszyscy zaniemówili.
Zwłaszcza gdy zaczęła dzwonić do klientów i uwodzić głosem. Jakoś inaczej niż zwykle.
–Uważam, że warto było wydać każdą złotówkę – podkreśla. –
Uważam, że osztuce wizażu należy mówić w szkole.
Uważam, że to równie ważne jak nauka
przyszywania guzików.

***

W budynku Ergo Hestii pracuje
do szesnastej. Potem gasi komputer, chowa dokumenty,
zakłada czerwony płaszczyk, szminkuje usta i wychodzi. Jeden
przycisk, drugi. Winda, bramka, drzwi, gwar ulicy. Pasy.
– Uwaga, samochód – ostrzega.
Przechodzimy przez jezdnię.
Teraz w lewo, w stronę przystanku.
Pytam, czy liczy kroki,
a ona wybucha śmiechem. Bo z tymi krokami to mit. Nikt ich
nie liczy, żaden niewidomy.
Trzeba poprostu używać białej laski, omiatać nią chodniki, krawężniki,
słupy. –O, znowuktoś
zaparkował samochód na chodniku – złości się. Skąd wie, skoro
go nie dotknęła? To proste:
Przedmioty odbijają dźwięki, wibrują,
promieniują ciepłem albo ciągną chłodem. Tu jest samochód,
tu drzewo, a tu – przystanek.
Wie to na pewno, bo stukot laski w okolicy przystanku jest
inny, mniej głuchy.
Autobus linii 143 podjeżdża o 16.16. Jedziemy dwa przystanki,
z Sopotu do Jelitkowa.
Wysiadamy przy Bursztynowej.
Teraz trzeba wejść na ścieżkę rowerową i liczyć na rozwagę rowerzystów.
Inaczej się nie da, bo ścieżka dla pieszych jest od strony trawnika, a Monika musi być od strony jezdni, żeby
nie przegapić przejścia przez ulicę. Rozpozna je po spadzie.
Po kilkudziesięciu metrach laska wskazuje, że to tu. Zmierzamy
na pętlę tramwajową. Tramwaje
są trzy, ale Monika wie, że zwykle trzeba wsiąść do tego z lewej,
bo on nie skręca na Zaspę, tylko
jedzie do Oliwy. Jeśli ma wątpliwości–
pyta pasażerów. Czynito niechętnie, bo ludzie, gdy widzą
niewidomą, zachowują się nieracjonalnie.
Usiłują ją natychmiast posadzić albo podnoszą głos, jakby to uszy, a nie oczy, miała chore. Niektórzy pytają,
dlaczego chodzi sama. Albo jak sobie radzi. Kto ją myje, ubiera,
czesze.
Wysiadamy, akurat jest zielone światło, o czym informuje
sygnalizator dźwiękowy, przechodzimy na drugą stronę
jezdni, mijamy ogródek z tulipanami,
wchodzimy do klatki, przywołujemy windę, wsiadamy…
Leila siedzi na lodówce, lekko
zdziwiona macha ogonem w lewo i w prawo. – Ona jest
moim aniołem – mówi Monika.
– Pilnuje mnie.
Oprócz czarnej kotki, w wynajmowanej
za 1400 zł kawalerce, mieszka z Moniką brat. We
dwójkę wychodzi taniej, tyle że ciasno. Do spania trzeba rozkładać
materac, a gdy Monika udziela korepetycji z angielskiego,
brat musi iść na spacer.
Ale i ona często wychodzi.
Na przykład na próby zespołu
Szósty Zmysł, w którym gra
na flecie prostym nowe aranżacje
klasycznych utworów. Albo
na spotkania z przyjaciółmi.
Choćby z tymi wolontariuszami, którym – dzięki Caritasowi Archidiecezji
Gdańskiej – pomaga w ramach programu Europejski
Wolontariat. Jest ich mentorem.
Koordynatorka EVS Katarzyna
Kostyszyn nie miała w stosunku do niej żadnych wątpliwości.
Mówi, że mentorowanie bardzo się jej podoba. Opiekowała
się już Sandrą z Niemiec,
Kaanem z Turcji i Marlą z Wielkiej
Brytanii. Marla podobno
była czarna, ale – jak żartuje Monika –
ręki nie da sobie uciąć. Teraz jest Canberk z Turcji.
Często
gdzieś wychodzą, opowiada mu
różne ciekawostki i słucha, słucha,
słucha.
Bardzo chciałaby pojechać
do Turcji. A jeszcze bardziej
do Egiptu. Ale nie dlatego, że
chciałaby poślubić arabskiego
księcia. Jej książę sam do niej
przyjedzie. Oczywiście, na białym koniu.
***
W mieszkaniu jest gadający
komputer, gadający zegar i gadająca
waga. Tylko światło w łazience
milczy i gdy gość zapomni
zgasić, Monika tego zaniedbania nie naprawi.
Chyba że
sprawdzi wyłącznik. Już wie, w
jakiej powinien być pozycji.
Na obiad Monika pewnie
zrobi sałatkę i usmaży placki
kartoflane, bobardzo lubi. Oczywiście,
że nie pokaleczy się nożem,
nie porani rąk tarką ani się
nie poparzy. Ma wprawę.Potem
pozmywa, zrobi pranie i będzie
się uczyć arabskiego. Już
od dawna interesuje się Bliskim
Wschodem, ze szczególnym naciskiem
na współczesny Egipt.
Potem coś poczyta albo popisze.
Ostatecznie można pograć
w szachy. Ona to lubi. Szachownica
dla niewidomych też ma
dwa kolory, z tym że ciemne pola
są wypukłe, a figury umieszcza
się w specjalnych otworach. Białego
skoczka rozpoznaje się
po kołnierzu.
Uważa, że im więcej ma człowiek zajęć,
tym więcej ma czasu.
Staje się on rozciągliwy. Dlatego
nie wolno się lenić.
Książek pisanych brajlem niemal
nie używa. Są wielkie, ciężkie i przestarzałe.
Nowości szuka
w internecie. Niekiedy sama coś
tworzy. Wiersze, opowiadania,
artykuły do różnych pism, autorskie
programy nauczania języków i
konspekty do szkoleń,
z którymi jeździ po Polsce. Ostatnio miała zajęcia
dla niepełnosprawnych aż w Tarnobrzegu.
Internet zajmuje ważne miejsce w jej
życiu, często do niego
wchodzi, ale zawsze w porę wychodzi.
Na pewno się nie uzależniła,
bo dla niej to tylko wstęp.
Potem sama zgłębia wiedzę. Tak
było z Egiptem. Najbardziej poznała
ten kraj, gdy tam pojechała.
Ale to był krótki wyjazd
i zamierza go powtórzyć. Po to,
by poszwendać się po miejscach,
do których zwykły turysta nie
zagląda. Być na targowisku,
cmentarzu i w mieszkaniu
egipskiej rodziny. Poznać kraj
od zaplecza.
***
Na stronie internetowej
można przeczytać fragmenty jej
ulubionych utworów. Choćby
ten, autorstwa Julio Cortazara:
„Aby płakać, skieruj wyobraźnię
na siebie samego, a jeżeli ci się to
nie uda, ponieważ nabrałeś zwyczaju
wierzenia w świat zewnętrzny,
pomyśl o kaczce, którą
oblazły mrówki, albo o tych zatokach w Cieśninie Magellana,
do których nie wpływa nigdy
nikt”.
Są tam też jej własne próby literackie.
Jej wiersze, artykuły
i opowiadania.
W „Tajemnicy pekających luster”
pisze: „… Każde lustro
zbiera w swej wewnętrznej pamięci
wszystko, co się w nim
odbija, głównie więc ludzkie
twarze. Tym dłużej trzyma się
w swych ramach, im więcej
szczęśliwych ludzi się w nim
przegląda. Te obrazy przechowuje najbardziej pieczołowicie”.
Kto przegląda się w jej łazienkowym
lustrze? Czasem – ona
sama. Z kotem na ramieniu. Widzi
to, co chce zobaczyć. Szczęśliwego człowieka. Czarnego
anioła. Kolor niebieski.
Irena Łaszyn

O fundacji
Fundacja Grupy Ergo Hestia
na rzecz integracji zawodowej
osób niepełnosprawnych
Integralia istnieje
od 2004 r. Jej pracownicy
starają się udowodnić, że
niema rzeczy niemożliwych,
a niepełnosprawność
nie może być przeszkodą
w osiągnięciu rozwoju
zawodowego. Najlepszy
dowód, że nie tylko zatrudnia
tych zdolnych i ambitnych,
ale z czasempromuje
ich u innych pracodawców,
umożliwiając im w ten sposób
przejście i zatrudnienie
na innych stanowiskach,
zgodnych z aspiracjami.
Prowadzi agencję pośrednictwa
pracy, organizuje bezpłatne
szkolenia, podnoszące
kwalifikacje osób
z niepełnosprawnością, zajmuje
się doradztwemzawodowym.
Ponadto współorganizuje
Integracyjne Targi
Pracy, Dni Kariery, seminaria,
konferencje i warsztaty.

Skan artykułu z gazety Dziennik Bałtycki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *