Lubi oglądać rzeźby palcami

RZEŹBY LUBIĘ OGLĄDAĆ PALCAMI

Jest w najnowszym tomiku Wisławy Szymborskiej taki wiersz zatytułowany Wczesna godzina, w którym stawanie się świtu opisane jest poprzez grę światła, a wyłaniające się z niebytu przedmioty naprawdę są wtedy, kiedy są widzialne.
Okazuje się jednak, że nie dla wszystkich wiersz noblistki może być do końca prawdziwy i do końca czytelny. Dla Moniki Zarczuk, niewidomej od drugiego roku życia studentki czwartego roku filologii polskiej i pierwszego roku filologii angielskiej Akademii Podlaskiej, świt objawia się w zupełnie inny sposób. Już nie po bielejącym oknie, ale po dobiegających zza szyby ptasich trelach, nie po bladych, chwiejnych smugach, ale po budzących się w rozgwarze korytarzach akademika przy ulicy Żytniej może poznać, że zaczął się nowy dzień. Budzik, który Monikę podrywa ze snu nie wwierca się w uszy nieprzyjemnym terkotem, ale w nie mniej nieubłagany sposób głośno informuje, że minęła właśnie siódma. W razie zignorowania sygnału wysyłanego przez budzik i ucięcia sobie jeszcze kilku minut drzemki, po raz drugi godzinę można sprawdzić otwierając kopertę brajlowskiego zegarka i przesuwając po cyferblacie wskazującym palcem. Teraz to już na pewno trzeba wstać, jest dwadzieścia pięć po siódmej.
W łazience Monika ma co prawda lustro, przedmiot próżny i bezużyteczny. Nie zdjęła go nie tylko ze względu na to, że stanowi ono wyposażenie pokoju. Mówi, że we własnym domu też by je powiesiła, chociażby dla gości. Sławek, niewidomy student pedagogiki mieszkający razem z Moniką przypomina sobie, że istnieją też specjalne, mówiące łazienkowe wagi, ale na taką nie zdecydowałby się nigdy: – po co w całym domu mają słyszeć, ile ważę — przyznaje z uśmiechem.
Przygotowywanie posiłków to rzecz najzupełniej prozaiczna,
także dla Moniki. Choć sama nieco kokieteryjnie mówi o sobie, że jest bałaganiarzem, doskonale wie, że aby wszystko przebiegało bez najmniejszych problemów potrzebna jest dbałość o to, by każdy przedmiot przypisane miał swoje miejsce. Nie ma nigdy problemów z posługiwaniem się nożem ani też wrzątkiem nie parzy swoich palców, przydatnych jej bardziej niż komukolwiek. Przecież nimi się patrzy. Saszetkę herbaty zalewa tym wrzątkiem nie roniąc ani kropli. Mówi, że dla wygody i bezpieczeństwa niewidomych wymyślono specjalne czujniki kontrolujące poziom cieczy w naczyniu, ale dzięki do perfekcji rozwiniętemu słuchowi i odgłosowi strumienia gorącej wody Monika doskonale wie, kiedy zakończyć nalewanie. Właśnie skończył się cukier, więc w szafce nad kuchenką trzeba odnaleźć torebkę i wsypać część jej zawartości do pustej cukiernicy, a potem jeszcze półtorej łyżeczki do szklanki. Ani jeden kryształek nie upada na blat kuchennego stołu — u niejednej osoby nie mającej żadnych problemów ze wzrokiem mogłoby to graniczyć z cudem.

Na co dzień
Poruszając się po agendach uczelni, w trakcie roku akademickiego, korzysta oczywiście z życzliwej pomocy znanego wszystkim studentom Akademii Podlaskiej pana Zbyszka, kierowcy przystosowanego do przewozu osób niepełnosprawnych mikrobusu. Ale bywa, że trzeba czasami samemu gdzieś przejść. Po mieście zatem, znając z grubsza jego topografię porusza się z pomocą laski, ale zdecydowanie woli towarzystwo osoby widzącej. Kiedy jednak jest zmuszona samotnie gdzieś przejść – nie załamuje rąk. Dzięki panującemu na ulicach rozgwarze, odbijającym się od płaszczyzn dźwiękom dobrze orientuje się, kiedy kończy się budynek, wzdłuż którego akurat idzie, czy na skraju chodnika nie są zaparkowane utrudniające
przejście samochody. Zapytawszy o numer podjeżdżającego właśnie autobusu sama radzi sobie z wejściem do środka pojazdu. Fragment otwartej przestrzeni, zimą dodatkowo tchnący ciepłem znajdujących się wewnątrz pasażerów nie może jej mylić – przed nią znajdują się otwarte drzwi.
W razie nieprzewidzianych kłopotów ma przy sobie telefon komórkowy, który wykorzystuje nie tylko do rozmów. Perfekcyjnie posługuje się maleńką klawiaturą, wypisanie SMS-a składającego się z kilku wyrazów zajmuje niewidomej studentce kilkanaście sekund. Zresztą telefonu używa właściwie do kontaktów towarzyskich. Za młodu nauczono ją samodzielności. W specjalnej szkole w Krakowie zanim Monice pozwolono samej wyjść na ulicę, musiała przejść specjalny kurs kończący się egzaminem, nieco podobnym do tego, jaki przechodzą przyszli kierowcy.
Wiedzę zdobytą podczas zajęć utrwala za pomocą dyktafonu lub wykorzystuje laptop ze specjalną brajlowską przystawką. Dzięki niej może pisać nie musząc prosić nikogo o pomoc. Pomaga za to, i to bardzo syntezator mowy. Dzięki niemu zeskanowany tekst książki, artykułu naukowego czy prasowego odczytywany jest przez specjalnie przygotowany program. Już nie ma konieczności sprowadzania z biblioteki Polskiego Związku Niewidomych opasłych, napisanych językiem Braille’a tomów, wśród których próżno szukać najnowszych publikacji. Multimedialne udogodnienia słono jednak kosztują. Niepozornie wyglądająca komputerowa linijka brajlowska kosztuje około 25 tysięcy złotych, program z syntezatorem mowy jest przy niej relatywnie niedrogi, jego koszt oscyluje w okolicach 3 tysięcy złotych. Monika sama nie mogłaby sobie pozwolić na te niezbędne już dzisiaj urządzenia, gdyby nie program „Homer” w 2/3 refundujący zakup systemów.
W czasie wolnym od zajęć Monika oddaje się swojej ulubionej grze towarzyskiej. Dzięki wyżłobionym literom w kafelkach scrable’a i uczciwemu przeciwnikowi z powodzeniem radzi sobie z tą popularną słowną grą.

Oglądam, zobaczę
Próbuje żyć tak, jakby nie była obarczona niemożnością widzenia. Monika z upodobaniem korzysta z prawie wszystkich form życia społecznego, daje sobie prawo bycia odbiorcą pełnym. Nieodparta chęć asymilowania się ze społecznością, która ją otacza, uwidocznia się także w stosowaniu paradoksalnie użytecznych zwrotów językowych. Mówi „oglądam” telewizję, „oglądam” film, uśmiecha się ze zrozumieniem, gdy ktoś ze znajomych przeprasza ją za to, że na pożegnanie powiedział jej „do zobaczenia”.
Monika ku powszechnemu zdumieniu lubi chodzić do kina. Przecież prawie cały obraz opowiedziany jest za pomocą dźwięków. W chwilach, w których słychać, że ktoś właśnie wyszedł z pokoju, a z rozwoju akcji nie bardzo wiadomo kto, zawsze można zapytać siedzącą obok osobę towarzyszącą – wszak do kina nie chodzi się samemu.
To nie wszystko. Monika, jak się okazuje, jest miłośniczką sztuk pięknych, bywalcem muzealnych ekspozycji. Rzeźby lubi oglądać palcami, ale jeśli nawet wszystko to, co można zobaczyć znajduje się w gablotach – zawsze można się czegoś ciekawego dowiedzieć. Bardzo lubi malarstwo impresjonistyczne, wiele wie o nim z przeczytanych książek, z których notabene czerpie wiedzę o barwach i kształtach. Nikt tak jak pisarz nie potrafiłby wyjaśnić, na czym polega biel albo przepaść. Kiedy przed dwoma laty Warszawę, Poznań i Kraków nawiedziły cudowne obrazy impresjonistów, Monika nie mogła sobie odmówić wyjątkowego uczucia pielgrzymowania pod zacne ramy obrazów francuskich mistrzów. Dzięki dostąpieniu łaski przebywania w jednej sali z tym co najpiękniejsze, wykształciło się w Monice wyjątkowe poczucie kulturowej przynależności i udziału w widzialnym pięknie.

Babskie sprawy
Monika kocha książki. Ma w swoim pokoju w akademiku taki podręczny księgozbiór. To są książki tradycyjne, zapełnione ściegami drukarskiej farby, zupełnie płaskimi, a więc dla niej nieczytelnymi. Mimo to nie rozstaje się z tymi oznakami człowieka kultury, atrybutami każdego polonisty, nawet niewidomego. Te książki mają jeszcze jedną, niepodważalną zaletę. Dzięki nim
może nawiązać rozmowę z odwiedzającymi ją koleżankami i kolegami, może je w końcu pożyczyć, a to włącza ją w krwiobieg interpersonalnych relacji. Posiadanie książek i zamiłowanie do otaczania się nimi, nie może aż tak bardzo zaskakiwać. Wystarczy wspomnieć o Jorge Luisie Borgesie. Ten argentyński pisarz mimo postępującej ślepoty został dyrektorem narodowej książnicy.
Zatem plastyczne opisy w literaturze pięknej są źródłem wiedzy o kolorach i o wszystkim tym, czego nie można zobaczyć nie dotykając. Ulubiony kolor Moniki to niebieski. Jak mówi, raczej chłodny ciemnoniebieski niż ciepły jasny błękit. Niebieski kojarzy się z niebem i morzem.
Kolory, które otaczają ją na co dzień też nie stanowią abstrakcji. Zna specyfikę większości i umie dopasować do określonej sytuacji. Lubi ubierać się na czarno, bo wie, że czerń bywa określana jako synonim elegancji. Robi sobie czasem makijaż, najlepiej czuje się w brązach i ufa tym, którzy mówią, że w brązowym jej do twarzy. Niewidomi, choć nigdy z przesadą, umieją i lubią dbać o swój wygląd. Zdają sobie sprawę, że przez innych postrzegani są wizualnie i to, chcąc nie chcąc, wpływa na wstępną opinię o nich. Monika Zarczuk mówi, że nie interesuje ją, jak ktoś wygląda. To, co inni przekazują za pomocą mimiki, ona doskonale odczytuje za pomocą głosu swojego rozmówcy. I to jest pewna przewaga, bo w głosie trudniej ukryć emocje, trudniej nim okłamać.

Szkoda krajobrazów
– Najbardziej chce się zobaczyć to, czego nie można dotknąć. Nie żałuję, że nie mogę zobaczyć kubka, bo dobrze wiem jak wygląda kubek. Żal mi krajobrazów – przyznaje ze smutkiem w głosie – ale bałabym się tego, gdybym nagle zaczęła widzieć, bałabym się utraty wrażliwości. Dla mnie świat ciemności jest tak samo zwyczajny, jak dla innych świat barw i widzialnych kształtów. Nie znoszę kiedy inni się nademną użalają i nie martwią mnie przejawy dyskryminacji. Są coraz rzadsze, ale chyba nigdy nie znikną.
– Cieszę się, że nie mogę zobaczyć tego, co brzydkie i złe, szare i nijakie – kończy Monika i to jest puenta, światełko w tunelu, którego nie widać, ale przecież wiadomo że jest.

„Kurier Siedlecki”: luty 2003 r.

3 myśli nt. „Lubi oglądać rzeźby palcami

  1. Jestem także niewidoma, mam 48 lat i gdy czytam o Monice, to podobnie, jakbym czytała o sobie. Podziwiam Cię za samodzielność i sposób odbierania zaciemnionej rzeczywistości i umiejętność odnalezienia się w niej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *