„Fortepian” – Agnieszka Polityka (opowiadanie)

Agnieszka Polityka

FORTEPIAN

Pojawił się w domu dziadków znienacka. Na początku lat dziewięćdziesiątych. Nikt go tam nie oczekiwał, nie spodziewał się. Nie trafił pod dach rodziny muzykalnej. Była okazja nabyć go za psie pieniądze, więc pojawił się. Jasnobrązowy Pleyell, szczerzący swe żółte ze starości klawisze. Później zastanawiała się, kto miał tak szeroki gest, by nie tylko przywieźć, ale i wnieść do pokoju ten potężny instrument, z trudnością mieszczący się w drzwiach pokoju.
Nie dane jej było na co dzień cieszyć oczy „rozmaszystą” urodą fortepianu. Bywała tu okazjonalnie. -Instrument z charakterem – myślała. Jednak źle ustawiony. Powinien stać bliżej okna. Tak, by tańczyły firanki w rytm brzmiącej muzyki. Nieudolnie dotykała jego pożółkłych zębów, które zgrzytały charakterystycznie przy każdej próbie wydobycia dźwięku. Poczciwiec Pleyell jęcząc starymi sprężynami niewątpliwie domagał się stroiciela. Raz pojawił się fachowiec, który pogrzebał od niechcenia w jego przepastnym wnętrzu. Efekt był mierny, a stroiciel widać pozostał bezradny wobec bezlitosnego upływu czasu.
Nie przeszkadzało jej to zanadto. Nie grzeszyła bowiem słuchem muzycznym, nad czym zresztą ubolewała przez całe swe świadome życie.
– Żeby choć raz ujarzmić te niesforne klawisze – marzyła. Udawało jej się to tylko w snach. Należała do tych nielicznych, którym śniła się muzyka. A tam mogła nie tylko jej słuchać, ale i własnoręcznie odtwarzać. Tylko w stanie nieświadomości spod jej długich i zwinnych palców wybrzmiewała w całej swej okazałości Etiuda Rewolucyjna Chopina.
Na jawie jej palce były krótkie i grube, a stopień znajomości zapisu nutowego pozostawiał wiele do życzenia. Jednak oczami bujnej wyobraźni widziała siebie w salach koncertowych w zapamiętaniu oddającą się scherzom, etiudom, sonatom i polonezom Fryderyka.
W rzeczywistości musiała poprzestać na znacznie skromniejszym repertuarze w postaci Sto lat i Yestarday oraz pierwszych taktach klasycznego Fur Elise.
Pomimo swej niedyspozycji i obiektywnej niemożności wydobycia zeń czystego dźwięku, kochała ten instrument i przyznawała, że dodawał on uroku przeciętnemu pokojowi ze zbiorem fajansów i sztucznej porcelany.

Po przelotnym zainteresowaniu członków rodziny jego walorami dźwiękowymi, z upływem czasu służył już tylko jako mebel. Niestety, rodzina przejawiała odmienne poczucie estetyki. Na ozdobionym białą serwetą pudle rezonansowym umieszczono, o ironio, telewizor. A przecież można by ciekawiej wypełnić tę przestrzeń. Wystarczą kwiaty w wazonie. Najlepiej fiołki.
Z sezonu na sezon widziała jak instrument marnieje. Jedynym sprzymierzeńcem fortepianu wydawał się być dziadek. Przy niedzieli, gdy miał czas i ochotę zasiadał do instrumentu i wydobywał z niego frywolne piosneczki o Kasieńce przy głębokiej studzience i o rybkach, które śpią w jeziorze.
Babcia w ogóle nie lubiła dźwięków. Możliwość zrozumienia tego faktu przerastała dwudziestoletnią miłośniczkę muzyki. Z czasem i dziadek uległ woli babci i nie przebierał po nim palcami.
Instrument stał więc bezradny i opuszczony, bo jakie miał wyjście?
Z chęcią zabrała by go do siebie, lecz nie miała na to tych niezbędnych metrów kwadratowych. Wyjście znalazło się po odejściu dziadka.

Fortepian porąbano.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *