„Niby-bajka z okiem” – Agnieszka Polityka (opowiadanie)

NIBY-BAJKA Z OKIEM

Agnieszka Polityka

Było sobie Oko. Oko jakich wiele, ale ono żyło samotnie. W swych niezliczonych wędrówkach poznawało otaczający świat. Robiło to za pomocą zielonej źrenicy. W dzieciństwie często zaglądało w twarz słońcu, podziwiało grzbiet fal morskich, przechadzało się Morskim Okiem, dotykało swym spojrzeniem miękkiej sierści Puca i Bursztyna. Najbardziej lubiło podziwiać piękno tęczy. Jej kolory odbijały się czasem w bańkach mydlanych puszczanych przez dzieci.
Jednak w miarę upływu czasu Oko musiało zmienić kierunek i sposób patrzenia. Kiedy inne pary oczu zaglądały w ludzkie okna, kieszenie, a nawet talerze, ono stawało się świadkiem ludzkich dramatów.
Coraz częściej musiało pilnować, by kruk krukowi oka nie wykolił. Najbardziej bolało go ludzkie odrzucenie i nieumiejętność okazywania uczuć. Widziało młode kobiety szlochające spazmatycznie, choć w ukryciu, bo kochany mężczyzna znów zniknął z oczu. Najbardziej bolała go samotność dzieci. Większość z nich miała na oko normalne, zwykłe rodziny- mamusię, tatusia, babcię. Rodzice dbali o dzieci – to znaczy kupowali im pluszowe misie z oczami w kolorze miodu, lalki mrugające oczami, oraz liczydła, aby nauczyły się liczyć same na siebie. Pewnie dlatego dzieci były wciąż smutne. Oko czasami zakradało się do ich domów i co widziało? Rodzice nie przytulali dzieci, nie bawili się z nimi w pociąg, ani w chowanego. Nie chcieli słyszeć o kółku graniastym ani lepieniu bałwana. Oko zastanawiało się dlaczego. Nie mogło ono przejrzeć tych dziwnych istot o poważnych obliczach, z teczkami pod pachą, które wiecznie gdzieś spieszyły pochłonięte własnymi sprawami, zostawiający na łaskę i niełaskę losu swoje dzieci.
Nie wszystko było w zasięgu poznania Oka. Z bezsilności czuło się ono zmęczone i chore. Drażniły go niezrozumiałe uwagi o tym, że czego ono nie widzi, tego sercu nie żal. Oko nie dopuszczało myśli, że może nie widzieć wszystkiego. Chciało być wszechmocne. Niczym Oko Boga. Oko chciało widzieć jak najwięcej. Po to przecież istniało. Oko nie lubiło zagadek. Przypatrywało się każdemu szczegółowi i często traciło z oczu całość. Złościła go ta dopadająca niedyspozycja. Jakiś cień przysłaniał mu widok i przyprawiał o zaciskanie powieki. Oko stawało się nie tylko coraz słabsze. Było też coraz smutniejsze. Jego smutek przyprawiał o łzy. Łzy miały smak piołunu i zamazywały obraz świata.
Oko zdawało sobie sprawę, że stanowi ciężar dla swej właścicielki, że swoimi rozterkami przysparza jej trosk. A przecież właścicielka dbała o nie jak mogła. Nie pozwalała się przepracowywać, nawilżała, osłaniała. Kupiła mu nawet różowe okulary. Wszystko na nic.
I oto pewna okoliczność sprawiła, że Oko odwróciło uwagę od swej niedoskonałości i zajęło się nie tyle wyjaśnianiem, co ulepszaniem świata.
Otóż któregoś dnia obudziło się Oko bardzo rozdygotane. Śniło mu się, że świat stracił barwy. Zatrwożyło się, że to sen proroczy. Zastanawiało się, czy da się uniknąć tej katastrofy. Myślało, myślało. Wiele bezsennych nocy spędziło Oko ze swoją Zieloną Źrenicą na ponurych rozmyślaniach. Ze strachem zauważyło, że i kolor Źrenicy wypłowiał. Oko z rezygnacją popatrzyło na jej pistacjowe lica i rozpłakało się jak dziecko. -Nie płacz, odpocznij, jutro coś wymyślimy- zdawała się mówić zmęczona źrenica. Dobrze – skwapliwie zgodziło się Oko, ale zaraz przypomniało sobie o czymś i zaczęło prawie bezgłośnie poruszać ustami.
Wyglądało to dość tajemniczo. Oko szepczące jakieś zaklęcia, mające uchronić od zagłady kolory. Nie, oko nie traciło czasu na magię. Modliło się. Po raz pierwszy. Modliło się do Oka Opatrzności o ratunek dla kolorów. Po kwadransie zasnęło błogim snem kamienia.
Oko Opatrzności nie dało lekarstwa. Wydało tylko receptę. Zielone Oko zrozumiało, że nie da się działać w pojedynkę. Nie wiedziało jeszcze w jaki sposób odświeżyć stare znajomości. Jednak pomysł nasunął się sam. Wkrótce zbliżały się jego kolejne Urodziny. Oko uznało, że czas wyprawić je hucznie. Zaprosiło zatem wiele par oczu, oczywiście wraz z ich właścicielami.
Przybyli z całej krainy. Zaopatrzeni w niebieskie, zielone, brązowe i popielate źrenice. Większość kolegów była w parach. Oko też niebawem spotkało swego towarzysza i nareszcie zrozumiało sens powiedzenia- „co dwoje oczu, to nie jedno”. Party upływało w radosnej atmosferze koloru pomarańczy, bo miło spotkać się po latach. Lecz jak wszystko co dobre, szybko się kończy- tak i przyjęcie dobiegło końca.
I wtedy Oko poprosiło o pomoc w … myciu kolorów, po to aby usunąć kurz osiadły wokół. Pomysł zdziwił, ale spotkał się z aprobatą, bo czyż można odmówić jubilatowi? Szorowano i pucowano kolory naczyń, garnków, parasolek, sukien, krawatów, dywanów, doniczek. Przywracano nawet barwy kwiatom. Wkrótce kolory znów przyciągały oczy swoją świeżością i soczystością.
Zaproszeni goście podjęli się rozpowszechnić zwyczaj mycia kolorów nie tylko w domach swych właścicieli, ale wśród przyjaciół i znajomych. Miało to być przedsięwzięcie działające na zasadzie łańcuszka szczęścia. Zdawali oni sobie jednak sprawę, że stan czystych kolorów nie potrwa długo i że w gruncie rzeczy jest on tylko pozorny. Za najważniejszą sprawę uznali wyczyszczenie ocznych wnętrz – przysłowiowego Dna Oka. Usuwanie drzazg tkwiących w bliskich oczach i wyrywanie belek z wnętrz własnych to już znacznie większe wyzwanie.

Czym skończy się ta bajka, zależy od czystości Twojego Oka…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *