Zdrowie kwiecień 2015

Widzę niewidoczne dla oczu.

Monika Zarczuk-Engelsma to trzydziestopięcioletnia kobieta, która mimo że jest niewidoma, korzysta z życia intensywniej niż niejedna osoba w pełni sprawna. Ostatnio dla niej i dla jej męża najwspanialszym prezentem jest ich córeczka Ella.

Monika z małą Ellą

2014 r.

Monika razem z szóstką rodzeństwa dorastała w maleńkiej wiosce nad Bugiem. Kiedy miała dwa i pół roku, tata posadził ją razem z bratem na wozie. Niestety, konie spłoszyły się, wóz się przewrócił, a dzieci spadły na asfalt. Dziewczynka miała w kilku miejscach pękniętą czaszkę, straciła wzrok – została przerwana cienka nitka nerwu łączącego oczy z mózgiem. Pół roku spędziła w szpitalu. Jej mózg wymazał wszystko, co widział przed wypadkiem. Mama była przeciwna trzymaniu jej pod kloszem i dlatego, kiedy córka wróciła do domu, pozwoliła jej, by z rodzeństwem grała w piłkę, kąpała się w jeziorze, jeździła na rowerze, na łyżwach. Dorosła Monika portret człowieka buduje na podstawie zapachów, dźwięków, dotyku dłoni.

– Charakter swego rozmówcy poznaję po tembrze jego głosu – zdradza.

Kolor to dla niej abstrakcja. Chciałaby ujrzeć to, czego nie można dotknąć. Uwielbia podróżować, więc ogromnie żałuje krajobrazów, których nie może zobaczyć. Ale i tu znajduje pocieszenie: przynajmniej nie widzi tego, co brzydkie. Gdyby nagle zaczęła widzieć, bałaby się utraty wrażliwości. Dla niej świat ciemności jest tak samo normalny jak dla osób, które widzą tęczę – ten, który je otacza. Nie musi wiedzieć, jak coś wygląda, by poczuć fakturę, miękkość, kształt. Kiedy miała 7 lat, wyjechała do Krakowa do internatu dla osób niedowidzących i niewidomych. Mieszkała tam aż do matury. Do domu przyjeżdżała tylko na ferie, święta i na wakacje. Przyznaje, że była wzorową uczennicą. W szkole nauczyła się pisać i czytać alfabetem Braille’a, a także orientacji w terenie. Uczyła się też gry na pianinie, gry w szachy, osiągała duże sukcesy w pływaniu.

– Absolutnie nie miałam żadnych kompleksów z powodu utraty wzroku. Kiedy skończyłam szkołę, czułam, że jeśli tylko postaram się, osiągnę dużo. Nigdy nie miałam pretensji do losu – mówi.

Zwiedzanie Paryża.

2013 r.

Najpierw studiowała filozofię w Krakowie, potem przeniosła się na polonistykę do Siedlec. Przyznaje, że nie był to dla niej najłatwiejszy czas, gdyż widzące koleżanki nie chciały z nią mieszkać w akademiku, a kiedy wchodziła na salę wykładową, milkły rozmowy. Spotkanie z rzeczywistością było wyjątkowo nieprzyjemne. Ale nie poddała się. Ulgę odczuła, gdy w 2004 roku skończyła studia. Pojechała na rozmowę kwalifikacyjną do firmy ubezpieczeniowej w Sopocie, która szukała niepełnosprawnych pracowników. Udało się! Została specjalistką do spraw PR. Udzielała się też w centrum wolontariatu, gdzie pomagała innym niepełnosprawnym uwierzyć w siebie. Wieczorami, kiedy wracała do domu, w ramach odstresowania po pracowitym dniu, uwielbiała grać w internecie, w „playroomie”, pokoju gier przystosowanych dla niepełnosprawnych. Tak tuż przed Bożym Narodzeniem 2011 roku poznała niewidomego Belga, Rolanda. Najpierw ostro z sobą rywalizowali, potem zaczęli pisać do siebie na czatach, rozmawiać przez Skype᾽a, no i zakochali się w sobie.

– Na początku myślałam, że nic z tego nie wyjdzie. Związki na odległość są bardzo trudne i zwykle kończą się niepowodzeniem – mówi Monika. – Pierwszy raz spotkaliśmy się na żywo w Belgii, pojechałam odwiedzić Rolanda, potem on kilka razy był u mnie. Los nam wyjątkowo sprzyjał. Pół roku po tym, jak się poznaliśmy, otrzymałam propozycję stażu w Europejskim Komitecie Ekonomiczno-Społecznym w Brukseli. W pracy dostałam półroczny bezpłatny urlop, więc miałam szansę zamieszkać z Rolandem, zobaczyć, jak nam będzie w codziennym życiu. Wszystko potoczyło się pomyślnie. Niecały rok później wzięliśmy ślub, mieszkamy w Belgii i jesteśmy bardzo szczęśliwi – opowiada rozpromieniona.

Mówi „oglądam” telewizję, film, uśmiecha się ze zrozumieniem, kiedy ktoś ze znajomych przeprasza ją za to, że na pożegnanie powiedział jej „do zobaczenia”. Zawsze uwielbiała chodzić do… kina.

– Przecież prawie cały obraz opowiedziany jest za pomocą dźwięków. W chwilach, w których słychać, że ktoś właśnie wyszedł z pomieszczenia, a z rozwoju akcji nie bardzo wiadomo kto, zawsze można zapytać siedzącą obok osobę towarzyszącą – wyjaśnia Monika, która jest także miłośniczką sztuk pięknych, bywalcem muzealnych ekspozycji.

Wakacje w Bułgarii.

2014 r.

Rzeźby lubi oglądać palcami. Uwielbia malarstwo impresjonistyczne, wiele wie o nim z przeczytanych książek, z których czerpie wiedzę o barwach i kształtach. Nikt tak jak pisarz nie potrafiłby wyjaśnić, na czym polega biel albo przepaść. Przygotowywanie posiłków to dla niej rzecz najzupełniej prozaiczna. Choć sama nieco kokieteryjnie mówi o sobie, że jest bałaganiarą, doskonale wie, że aby wszystko przebiegało bez problemów, potrzebna jest dbałość o to, by każdy przedmiot miał swoje miejsce. Nie ma nigdy kłopotów z posługiwaniem się nożem, ani też wrzątkiem nie parzy sobie palców, potrzebnych jej bardziej niż komukolwiek. Przecież nimi „patrzy”. Saszetkę herbaty zalewa, nie roniąc ani kropli. Tłumaczy, że dla bezpieczeństwa niewidomych wymyślono specjalne czujniki kontrolujące poziom cieczy, ale dzięki do perfekcji rozwiniętemu słuchowi i odgłosowi strumienia gorącej wody Monika doskonale wie, kiedy zakończyć nalewanie.

– W życiu codziennym denerwuje mnie ludzka bezmyślność, coraz powszechniej i silniej występujący egoizm i brak wrażliwości, często tej podstawowej. Irytują mnie ludzie, którzy łatwo ulegają przesądom i stereotypom i choć mają taką możliwość, nie korzystają z inteligencji, jaką otrzymali, bo tak łatwiej. Monika mówi, że wiele osób nie potrafi sobie wyobrazić, jak dwoje niewidomych może wychować widzące dziecko. Od samego początku wierzyła razem ze swoim mężem w to, że dadzą sobie radę.

– Nasi przyjaciele, którzy są w podobnej sytuacji, mają już trójkę dzieci i świetnie sprawdzają się jako rodzice. Przez pierwsze 3 miesiące pomagała nam mama, która do nas przyjechała, by pozwolić nam oswoić się z nowymi obowiązkami i dodać otuchy – opowiada.

Roland z Ellą.

2014 r.

Przewijanie, karmienie czy kąpanie dziecka nie jest trudne i spokojnie można to zrobić bezwzrokowo. W przyszłości będziemy sobie radzić: założymy Elli dzwonek, abyśmy zawsze wiedzieli, gdzie jest, na spacerze będziemy zakładać specjalne szelki, by nam gdzieś nagle nie wybiegła. Do dyspozycji mamy mówiący termometr, wagę, miarki do odmierzania mleka, mówiące zegarki i wiele innych pomocy technicznych, dzięki którym to, co wydaje się tak wielu niemożliwym, jest do zrobienia.

– Książki to coś, bez czego zupełnie nie wyobrażam sobie życia – mówi Monika.

Już od pierwszej klasy szkoły podstawowej czytałam dużo, w bibliotece niejednokrotnie otrzymywałam wyróżnienia za największą liczbę wypożyczonych, ale i przeczytanych książek, z tej miłości wybrałam studia polonistyczne. Od kilku lat, od kiedy mam dostęp do szerokiej gamy książek czytanych przez lektorów, czytam, gdy tylko mam czas. Mąż się nawet denerwuje, bo jak wciągnie mnie jakaś lektura, to choć wiem, że to niekulturalne, nie potrafię wyłączyć empetrójki nawet podczas wspólnego posiłku. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że jestem od książek uzależniona. Jeśli z jakiegoś powodu nie czytam niczego przez kilka dni, wyraźnie czuję, że czegoś mi brak – mówi. – Naprawdę wiele jest osób, które mówią mi, że chciałyby cieszyć się życiem jak ja i że zazdroszczą mi tak pozytywnego podejścia do życia, że daję im lekcję pozytywnej energii i optymizmu – opowiada. – Nigdy nie przestało mnie to dziwić. Ja siebie tak nie postrzegam. Owszem, lubię życie i uważam, że ma ono do zaoferowania wiele, że wiele możemy z niego wziąć, ale nie uważam się za wielką optymistkę; moim zdaniem zdecydowanie jestem realistką, nie bije też ze mnie niesamowita energia. Myślę, że zdanie tych ludzi to mieszanka zaskoczenia, że osoba niewidoma nie żyje w wiecznej depresji, z docenieniem jednak spontaniczności mojej natury. Lubię się śmiać i żartować, ale przypisują mi jednak za dużo. Albo więc oni mnie zdecydowanie przeceniają, albo ja siebie nie doceniam, a najpewniej prawda leży pośrodku. Jedno jest pewne: w stu procentach mogę podpisać się pod słowami de Saint-Exupery’ego: „Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – podsumowuje.

Kair - Sfinks.

2011 r.

Monika ma głos: Są takie sytuacje w życiu, które nie pozostawiają w mojej głowie żadnych wątpliwości, czy informacja o tym, że nie widzę, powinna zostać ujawniona, czy też nie; np. kiedy ktoś telefonicznie prosi mnie o ręczne wypełnienie formularza. Dużo częściej jednak zdarza mi się, że muszę się głęboko zastanowić, czy nie lepiej jednak nie wspominać o mojej niepełnosprawności, albo raczej: czy już mówić, czy jeszcze nie. Wcześniej lub później ktoś i tak się o tym dowie, ale moment, który zostanie na to wybrany, ma duże znaczenie. Jeden z problemów tkwi w tym, że sprawa dotyczy ludzkich emocji, kultury osobistej, wykształcenia, obycia z niepełnosprawnością i sposobu traktowania innych. A na tak grząskim gruncie bardzo trudno wytyczyć wyraźną ścieżkę postępowania. Trudno jest się uwolnić od przymusu decydowania „mówić czy nie mówić”, a co gorsza, z braku recepty z gotową odpowiedzią na to pytanie, ciągle trzeba samodzielnie podejmować tego typu decyzję, licząc na to, że dobrze wybraliśmy. To, na co się zdecydujemy, zależy od dotychczasowych doświadczeń, ludzi, na jakich do tej pory trafialiśmy, sposobu patrzenia na życie, ale przede wszystkim tego, jak się nam wydaje. Wada wzroku, sposób chodzenia, długość ręki czy poruszanie się na wózku powinno być traktowane tylko jako jeszcze jedna cecha, która jest nasza, realna, ale nie ma wpływu na to, co podobno liczy się najbardziej – na nasz charakter, osobowość i wnętrze. (Cytat pochodzi ze strony www.monikazarczuk.pl)

Autor: Agnieszka Grześkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *